poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Szczytowanie

Ach… och… u.. uuuu…

Ooooo!!! O!!!

Aaaaaua….

Tak, tak - to dźwięki, jakie wydaje z siebie kobieta, która szczytuje! To znaczy, kobieta, która zdobywa szczyt. Górski szczyt, żeby nie było, jak z tym głodnym, któremu chleb na myśli. Gwoli ścisłości zaś,  kobieta, która weszła na Skrzyczne w nieodpowiednich butach.
Choć być może bardziej nieodpowiednia była góra? Dobra, bez przesady, nieodpowiednia była pogoda…

Zacznijmy od tego, że wcale nie miałam na sobie szpilek, jak niektórzy mogli by sądzić. Jeśli to już sobie wyjaśniliśmy, przejdźmy do rzeczy kolejnej, to jest pogody właśnie.

Lało.

Owszem, nie miałam też i kaloszy. Uzbrojone w wspomniane ostatnio worki, zwane też płaszczami przeciwdeszczowymi, ruszyłyśmy z Krecią. Owszem, język Polski domaga się tego, by określić jeszcze gdzie ruszyłyśmy. Tego jednak nie było widać. Gęste, ciemne chmury przysłaniały wierzchołek góry. Ale czasem lepiej nie widzieć tego, co czeka, by się nie przerazić stromizny...

Warto było. Nie tyle, że wchodząc pod górkę spaliłyśmy te góry czekolady, które uprzednio pochłonęłyśmy. Naprawdę wspaniałe w wspinaczce pod górkę jest to, że potem schodzi się z 
                      g
                        ó
                          r
                            k
                               i.

Paradoksalnie, gdy szlak jest zabłocony niczym ubrania z proszku do prania, bywa, że schodzi się jeszcze gorzej, niż się wchodziło. No i bolą palce u stóp. Albo tyłek (i gdzie te efekty miesięcznego treningu na steperze?!).
Prawdziwą ulgę przynosi dopiero płaska powierzchnia. 
Tak, chodząc po górach jak nigdy dotąd człowiek docenia płaskość asfaltowej drogi.   
I bez względu na to, ile w życiu przeskrobaliśmy, zawsze, po zejściu z góry wychodzimy na prostą


I wtedy właśnie, kiedy znów czujemy plaski, asfaltowy, znajomy grunt pod nogami, przychodzi odpowiedni czas na... prawdziwe szczytowanie
Tylko... gdzie? 
Oczywiście, że tam, gdzie podają czekoladę. I to uwieńczoną
                                                                                                         g 
                                                                                                         ó

                                                                                                         r
                                                                                                         ą
                                                                                                                bitej śmietany.






Ach, cóż za rozkosz... 

Tak, tak... póki co, to jedyny rodzaj szczytowania jaki mogę sobie zaserwować. Bo niby z kim mam szczytować?  Gdy tamtego wieczoru wreszcie mogłyśmy zastąpić adidasy seksownymi szpilkami i udałyśmy się z Krecią do jedynej dyskoteki w Szczyrku, okazało się, że... byłyśmy jedynymi osobami, które wpadły tamtego wieczoru na taki pomysł... Nawet, gdyby były tam tłumy mężczyzn, nie skusiłabym się na szczytowanie z którymś z nich. Może bym się zawahała, gdyby któryś z nich przypominał Hugh Jackmana, ale ostatecznie, tak jak mówiłam, weszłam na prostą. Szczytowanie z kimś na dyskotece czymś wzniosłym w żadnym wypadku  już nie jest.


I w tej kwestii akurat chodzenie po prostym nie jest tak łatwe, jak się wydaje. Ale w przeciwieństwie do chodzenia po stromym, człowiek jest mniej narażony na zranienia . Niekoniecznie kolan, a serca.

28 komentarzy:

  1. Skrzyczne to tylko na nartach :) ale to już wspominałam, że ja po górach chodzić nie lubię. Lubię z nich zjeżdżać na nartach!

    Cieszę się, że wyprawa udana. A w kawiarniach bardzo mnie denerwuje, kiedy zamiast prawdziwej czekolady dostaję kakao...

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja zamierzam szczytowac we wrzesniu.
    A teraz to ... tak roznie :>

    OdpowiedzUsuń
  3. Marudzisz! Stromizny też są cudne. Płasko bywa nudno i jednostajnie. A mężczyźni też nie lubią zupełnie płaskich :D A ja chcę w góóóóóry!

    OdpowiedzUsuń
  4. ooooooooooooooooooooooooooooh!

    OdpowiedzUsuń
  5. Ciekawe, czy ta czekolada była tak pyszna, jak wygląda.

    OdpowiedzUsuń
  6. nie jestem zwolenniczką gór, wolę chodzić po płaskim, ale ty to potrafisz zareklamować szczytowanie:))))

    OdpowiedzUsuń
  7. kocham górskie szczytowanie :) czy to wspinaczkowe, czy to deserowe (w górach czekoladowe desery smakują jak nigdzie indziej) czy też przy szybkiej jeździe na desce :)

    OdpowiedzUsuń
  8. oj! ciężko z tym szczytowaniem, ścisła dieta na wszystkich frontach. chyba, że jakiś sen fajny z erosem w tle przyjdzie nad ranem :D

    OdpowiedzUsuń
  9. Kasiu, ja drżę jak liść na wietrze na myśl o zjeździe na nartach, ale kto wie... może się przełamię w końcu?

    Silko, brzmi ekscytująco! :))

    Vilanne, na płaskiej drodze można czasem spotkać głębokiego faceta, który nie zwraca uwagi na to czy jestem płaska ;-P

    Sandrula, miło mi słyszeć! ;-)

    Anette, owszem, czekolada była z tych prawdziwych, wywołujących rozkosz podniebienia :D

    Goh, radze spróbować ;-)

    Kaś, zdecydowanie masz rację z tymi deserkami!

    Di, życzę wielu słodkich (i pikantnych) snów też ! :D

    OdpowiedzUsuń
  10. Tak myślisz? Ja wiem, oni patrzą na całoKSZTAŁT :D Ale w górach też na pewno przebywają głębocy panowie, którym widoki ze szczytu zapierają dech w piersiach.

    OdpowiedzUsuń
  11. Trudno się z Tobą nie zgodzić :)

    OdpowiedzUsuń
  12. A ja idę do sklepu po coś czekoladowego i też będę szczytować :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Warto się przełamać! Ja jeżdżę od małego, świetna sprawa. Parę lat temu nauczyłam się jeździć jeszcze na snowboardzie, tutaj się musiałam dużo przełamywać, ale dałam radę bez niczyjej pomocy :) Deska jest łatwiejsza do nauki niż narty, i są przystojniejsi instruktorzy (to taka obserwacja na zachętę).

    OdpowiedzUsuń
  14. Kocham góry, mieszkam na południu więc mam je na co dzień, ale i tak chodzę po nich kiedy tylko mogę :) No i oczywiście na szczycie - w przytulnym schronisku - gorąca czekolada z bitą śmietaną jest obowiązkowa ;)

    OdpowiedzUsuń
  15. też mam ochotę na takie szczytowanie, te pierwsze w wygodnych butach, a te drugie jak najszybciej :)

    OdpowiedzUsuń
  16. A mi się właśnie przypomniało, że pierwszą i jak dotąd ostatnią filiżankę (albo i trzy) prawdziwej gorącej czekolady piłam właśnie w górach - w sanatorium w Rabce, ale nie stanowiła ona santoryjnego menu (w 1984 roku to był towar bardzo deficytowy). Termos takiej czekolady z paczki z "Hameryki" przywiozła mi mama na odwiedziny. Niegdy więcej czekolady o takim smaku nie piłam.

    OdpowiedzUsuń
  17. szczyt dobrego smaku to rownie zacny obiekt na szczytowanie :)

    OdpowiedzUsuń
  18. Dziewczyny, wprowadziłyście mnie swymi komentarzami w niemałe zakłopotanie. Bo teraz nie wiem już sama... czy lubicie bardziej szczyty górskie czy szczytowanie?! :D
    A z resztą... pewnie macie tak jak ja - czyli obie formy rekreacji są u was na równi! :D

    OdpowiedzUsuń
  19. Narobiłaś mi ogromnej ochoty na taką czekoladę, tym bardziej zważając na to, że przed chwilą biegałam ;D
    te pudełeczka do muffinek zrobiłam sama :)

    OdpowiedzUsuń
  20. A ,ja lubię sobie czasem pochodzić po górach i się porządnie zmęczyć;) pomaga na wszystko.
    Ta kawka jest boska,zazdroszczę;)

    OdpowiedzUsuń
  21. Po pierwsze - szczytować można samemu - we własnym tempie,nikt nie pogania, można sobie zrobić odpoczynek w dowolnej chwili i w ogóle - cud miód.
    A po drugie - zamiast szczytować można czasem podskoczyć:)

    OdpowiedzUsuń
  22. O tak czekolada w tym przypadku jest najlepsza ;D

    OdpowiedzUsuń
  23. Slyyvia - jestem pod wrażeniem Twych talentów! :))
    Monisiu - witam w fabryce czekolady! :))
    Czarny(w)Pieprzu - uwielbiam Twe wywody!
    Lalabay - czekolada absolutnie zawsze jest najlepsza! :D

    OdpowiedzUsuń
  24. Aurora uwielbiam czytać twoje posty!!!

    OdpowiedzUsuń
  25. Oj tak, schodzenie ze szczytu jest czasem bardziej męczące niż dążenie do jego osiągnięcia;)
    A czekolada to bardzo dobry pomysł, tak przed jak i po osiągnięciu wyżyny;) pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  26. na szczęście 'dama' to po francusku po prostu 'dame' ;)
    a co do zwracania się na lady, to nieee, póki co to tylko kapelusz, resztę chyba nadal mam jednak z mniejszej, niż z większej kobietki :)

    OdpowiedzUsuń
  27. Jak ja lubię Twoje pisanie!:)
    A po górach uwielbiam chodzić i nie przerażają mnie nawet błotniste szlaki:)

    OdpowiedzUsuń

Smakowało?