czwartek, 28 lipca 2011

Zabić klina

Kilka dni temu sama siebie obwołałam pacyfistką. Nie bawię się już w żadne gry albo raczej gierki wojenne. Skończone.
Nie będzie na Panu Żołnierzu ni słodkiej, ni krwawej zemsty. Jeśli kogoś mam ochotę zabić to każdego, kto ciska we mnie jak granatami hasłami typu: "jesteś młoda, masz jeszcze czas",
"każda potwora znajdzie swego amatora". 
Czy aż tak źle jest ze mną? Zagniewaną młodocianą z pryszczem na środku czoła przestałam być kilka lat temu. Jestem kobietą, która wie czego chce. Przyznaję, czasami mam dziwaczne pomysły nie tylko kulinarne, ale nadają się do czegoś innego, niż parodiowanie scen z "Seksu w wielkim mieście". Z tego wszystkiego to mam ochotę zabić, nie kogoś, ale coś - klina. Chłopak znalazł sobie jakąś pannę, to czemu ja mam się zachowywać jak zgniłe jabłko (to znaczy leżeć odłogiem i czekać na robactwo). Trzeba by było przypudrować nos i wyjść na miasto. Z kimś.
Jako że nie jestem Lady Gagą, ani plastrem miodu nie przyciągam samoistnie obiektów zainteresowań. Jakieś tajemnicze podszepty, a śmiem twierdzić, że są to podszepty moich Czytelniczek, mówią mi, by dzwonić do Pana Złota Rączka.
Czy istnieje wspanialszy sposób na zabicie klina, niż umówienie się z facetem, którego odrzuciłam na rzecz faceta, który mnie odrzucił? Zaraz, zaraz... sama się już pogubiłam... Czyżby moje życie zaczynało bardziej nad "Seks w wielkim mieście" przypominać brazylijską telenowelę?
O, nie! Mogę na wiele sobie pozwolić, ale do tego dopuścić nie mogę!

Trudno. Zrobimy sobie wyłącznie babski wypad na miasto. 
Każde miasto ma taki klub. Prędzej czy później albo choćby nad ranem wszyscy się tak spotkają. To właśnie tu organizowane są najlepsze imprezy, trzeba robić miesięczną rezerwację stolika na wieczór panieński.
I są obcokrajowcy. Gorący obcokrajowcy. I my - dziewczyny, które chcą zabić klina.

Tamtego wieczoru wypiłam tylko jedno piwo. Poziom tlenu w klubie był tak niski, że czułam się jakbym wypiła z cztery, do tego zaprawiła się kilkoma szotami. Wszystko przez  sobotnie zagęszczenie tłumu. Mimo wszystko gdzieś w tym ludzkim gąszczu wypatrzyłam


GO.


Wystarczyło jedno spojrzenie i chwilę później przystojniak był tuż za moim ramieniem. Czyżbym może jednak miała silę oddziaływania Lady Gagi? Nie. Po prostu miałam do czynienia z obcokrajowcem. Świadczyła o tym również zuchwałość jego ust. Co one w tak krótkim czasie robią na moich ustach? Jak to co?! Toż to Włoch! I jak to Włoch przyzwyczajony jest do smakowania wszystkiego, co apetycznie wygląda.
W takim razie, jego kumpel musiał być hiper-Włochem, bo to, co jego usta wyprawiały z ustami mojej kumpeli, porównałabym do tego, co ja robię z najsmaczniejszymi lodami czekoladowymi.

Okazało się, że to Portugalczyk. Acha.


I tak oto, ja i moja Kumpela zabijałyśmy klina. Pomagali nam w tym - bardzo ochoczo i namiętnie - Pedro i Rodrigo. Hmm... Tak jakbym już gdzieś słyszała te imiona... Coś jakby zaśmierdziało brazylijską telenowelą. Nie świadoma jednak niczego, brnęłam dalej ku finałowi.

Jakkolwiek sobie wyobrażałam ten finał, inne wyobrażenie wielkiego finału mieli Pedro i Rodrigo. Cóż, byli nieco bardziej doświadczeni w telenowelowych finałach,w końcu to ich ojczyzna je zrodziła. Być może to przeświadczenie, że są znawcami tematu, spowodowało, że zaproponowali nam wizytę w ich mieszkaniu. I nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie ich nie znajomość słowa "nie". Prócz tego, nie znali też sformułowania "odprowadzić kogoś", bo  po naszej odmowie zaraz wezwali taksówkę, w której... oj... w której to działy się dziwy. Być może Panowie Obcokrajowcy nie znali raptem paru słówek, ale to my okazałyśmy się większymi ignorantkami. Cóż, gdyby za młodu oglądało się brazylijskie seriale, a nie Muminki, pewnie byśmy się tego wszystkiego spodziewały. A tak... A tak, pośród włosko-portugalsko-polskich wrzasków dotarliśmy na pierwsze skrzyżowanie. Gdy zapaliło się zielone światło, a Pan Taksówkarz nerwowo pytał gdzie ma jechać i czy w ogóle ruszać, Rodrigo wyskoczył z taksówki. Za nim Pedro. Potem moja Kumpela. I na koniec ja, rzucając Panu Taksówkarzowi pieniędzmi i obelgami. Nie pod jego adresem, a Panów Obcokrajowców. Rzecz jasna.
Pedro pofatygował się jeszcze, by wygłosić mi kazanie o tym, że niegrzecznie się zachowałam (nie chcąc z nim pójść do łóżka?!?!). Na szczęście mój angielski znów okazał się nie do pobicia. A ból moich stóp nie do wytrzymania.

Była 5.30 rano. Zabiłam klina. Ale w tamtym momencie to ja byłam umierająca... Spać.

Może jednak warto było umówić się z Panem Złota Rączka? Może by nie wyszła aż taka telenowela?
Ale o czym, powiedzcie sami, pisałabym wtedy na blogu?
;-)







35 komentarzy:

  1. No to teraz czuje się winna :P bo Kto jak KTo ale ja o tym klinie wspomniałam .... :> ale chodziło mi o taki BEZPIECZNY klin :P ech Kochana....iście telenowato :P

    OdpowiedzUsuń
  2. zazwyczaj czytam w milczeniu, tym razem sie odzywam..... i zapraszam po wyróżnienie do siebie...

    OdpowiedzUsuń
  3. Auroro będzie mi bardzo miło jeśli przyjmiesz moją nominację :) Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Uśmiałam się zwłaszcza na tym fragmencie - 'Pedro i Rodrigo. Hmm... Tak jakbym już gdzieś słyszała te imiona... Coś jakby zaśmierdziało brazylijską telenowelą.'
    Zazwyczaj obcokrajowcy, którzy zawitali do naszego kraju i wędrują po klubach nie nastawiają się na słuchanie słowa "nie".

    OdpowiedzUsuń
  5. Ahhh te kliny są i nawet i dobre i można poczuć się prawdziwą, docenioną kobietą, noszoną na rękach.... do momentu słowa "Nie" - wtedy czar i klin pryska...
    Ale przynajmniej jest o czym pisać, jak sama to podsumowałaś Auroro ;D

    OdpowiedzUsuń
  6. a to zuchwalcy :) mieli ostrą jazdę , tylko nie o taką "jazdę " im chodziło :D :D

    OdpowiedzUsuń
  7. no ten latino temperament może zwieść:/ dobrze, że to historia z happy endem! A co do Pana Złota Rączka, to może najpierw przestudiuj ten post porównawczy z Panem Żołnierzem. Przy pierwszym kontakcie nasza kobieca intuicja dużo nam mówi o drugim człowieku, a jak później go spotykamy, to często o tym zapominamy, mało tego "wygładzamy" jego wady, które dostrzegliśmy mimowolnie przy pierwszym kontakcie. Z tego co pamiętam, charakteryzowały go pewne zaniedbania w odpisywaniu na smsy (?)

    Może się teraz narażę kolejnym wytartym sloganem, ale zobaczysz: ten właściwy pojawi się wtedy, gdy najmniej będziesz tego oczekiwać:)

    OdpowiedzUsuń
  8. Pedro i Rodrigo, faktycznie jakby chwilę temu przestali kręcić jakąś telenowelę. Mam nadzieję, że chociaż było zabawnie!

    Co do Pana Złotej Rączki... czy warto? Skoro wcześniej uznałaś, że istnieje ktoś od niego lepszy, bardziej interesujący? Nie ma się co spieszyć. Spontaniczność! Pozdrawiam :D Cit.

    OdpowiedzUsuń
  9. chodzą słuchy, że panna Aurora dziś urodziny....!
    życzę zatem słodkiego życia i dużo budującej, pieszczącej zmysły miłości....jak Czekolada. zdrówka i słońca.:)
    a u mnie dwa czekoladowo - nugatowe zdjęcia, właściwie dedykuję je Tobie :)

    OdpowiedzUsuń
  10. panna Aurora dziś ma*, to chyba jednak konieczna część mowy ;)

    OdpowiedzUsuń
  11. Aj tam, pośpiech jest dobry przy łapaniu pcheł. To jakiś przymus, że z jednych ramion zaraz w drugie. Luzik, sami przyjdą :))
    No chyba, że to w ramach szukania tematów do pisania na blogu :)))) Może jakaś wycieczka na Antarktydę, Brazylia, Mars? ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. Polubiłam to miejsce :-)

    I jak ja uwielbiam tego typu babskie akcje, a jakże! My zawsze umiemy się w coś wpakować, co kochana?
    Być może wieczór nie potoczył się do końca po Twojej myśli w każdym razie masz kolejną przygodę na koncie, kolejny punkt do Twojego życiorysu. Ja bym się cieszyła :-)

    OdpowiedzUsuń
  13. Dzięki, Patko :) cóż nam pozostaje jak nie polubić ten nasz talent do wpakowywania się?! ;-) czeko buziak ślę!

    OdpowiedzUsuń
  14. o ho ho! Dla mnie, czytającej, niezła story:)
    Samolubnie jednak życzyć Ci takich przygód więcej, tylko z powodu wybornej lektury;)

    OdpowiedzUsuń
  15. A to ci temperament południowców, a jacy pewni siebie!

    I składam spóźnione, ale jak najlepsze życzenia urodzinowe! Spełnienia marzeń.

    OdpowiedzUsuń
  16. Pracuję z obcokrajowcami, na dodatek to sami faceci. Każdy z nich ma tu przynajmniej 1 dziecko z nadobną Polką, którą oczarowała jego nieznajomość polskiego i ognisty temperament/skandynawski chłód/angielski dystans/ czarny egzotyzm - (niepotrzebne skreślić). Jeden z nich nauczył się przez 3 lata pobytu tylko jednego zdania :Chodź ze mną! Twierdzi, że to mu całkowicie wystarczy do przeżycia w Polsce:)
    Się rozgadałam, a co to ja chciałam powiedzieć?,,,aha, aha!! Młoda jesteś, masz czas! (rechot z oddali- bo nie masz takich długich rąk żeby mnie dosięgnąć)

    OdpowiedzUsuń
  17. zachęcam do spróbowania ^^

    OdpowiedzUsuń
  18. wiesz jak damską wersją mnie jesteś? :)

    myślę, robię mówię, potem robię, mówię, myślę ... gdzie przestawia się kolejność i racjonalizm schowany do tylnej kieszeni w spodniach znika i nic się nie liczy po chwili ...

    prawda jest gówniana - kliny nie działają ... znaczy działają przez chwilę, a potem powodują niesmak ... w końcu to tylko usta działo piersi tyłek - jak zgrabny by nie był ...

    proponuję jako klina - sport, na mnie działą

    OdpowiedzUsuń
  19. Niezly klin! Nie ma to, jak mlodosc ;))
    A co do innych 'madrych' hasel dodam (bys miala znow ochote w kogos rzucic ;)), ze im pozniej je sie sniadanie, tym lepiej smakuje i ze z facetami jest jak z wyjazdami z autostrady : zawsze sie jakies znajdzie nieco pozniej, nawet jesli sie jakies przegapi ;))
    A ze sporo znam takich historii z blizszego lub dalszego otoczenia, to stwierdzam, ze najlepsze rzeczy zdarzaja sie nam, gdy na nie nie czekamy ;)

    Usciski!

    OdpowiedzUsuń
  20. SPORT! Dokładnie, romantyku... a gotowanie to też sport, czy się mylę? ;-P w każdym razie bieganie też trawię nieźle. Bea, mądrze prawisz, jak zawsze :-*
    Czarny Pieprzu, nie martw się, prędzej czy później Cię dopadnę ;-P hihi
    Magda, masz praw odo tak samolubnych zachcianek ;-P ja Ci je daję ;-)
    Dzięki za życzenia urodzinowe, Kasiu :))
    jeśli o kimś tu zapomniałam, to i tak pamiętam, uwielbiam Wasze komentarze i rozważam każdy z osobna przed pójściem spać :-D

    OdpowiedzUsuń
  21. Choćby nie wiem co się działo - nie umawiaj się z Panem Złotą Rączką! Najgorsze co można zrobić o "jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma" w miłości... o nie nie! :) Nie polecam!

    P.S. Auroro :) bawi Cię kiedy plany Ci się nie udają??? Jesteś chyba pierwszą osobą, o której słyszałam, że tak ma... mnie zwykle to denerwuje...;p

    OdpowiedzUsuń
  22. to może ja ci na klina i nie tylko przyznam My Lovely Blog Award. Szczegóły u mnie

    OdpowiedzUsuń
  23. Aurora uwielbiam czytać Twoje przygody:)

    OdpowiedzUsuń
  24. ...gdyby tylko strefa nosa i gardła przyjmowała tę jesień trochę chętniej - nie miałabym nic przeciwko goździkowej herbacie..
    ale dość tego leczenia naturalnego, noc była ciężka, gorączkowa, a dziś jest tylko gorzej - pora się chyba udać do lekarza.
    a co do tęsknot, to prawda, właściwie dobrze, że są :)
    za to miodu z Francji prawie już nie ma.

    pozdrawiam ciepło!

    OdpowiedzUsuń
  25. O mamo! Mamma mia! Pan Złota Rączka - nie. Popieram Małą Mi.

    OdpowiedzUsuń
  26. By uspokoić moje Czytelniczki, ogłaszam wszem i wobec - nie zamierzam w ciągu najbliższych czterech lat umówić się na randkę z Panem Złota Rączka. Teraz możemy wszyscy spać spokojnie :)

    OdpowiedzUsuń
  27. Zabicie klina nie zawsze jest bezbolesne :)
    Dobrze, że tym razem skończyło się na takich gierkach, a Pedro i Rodrigo nie zabawili się Waszą cnotą! :))
    Powodzenia w dalszych zabiegach zapominania!

    OdpowiedzUsuń
  28. uwielbiam czytać Twoje historie, nawet te z lekka brzmiące brazylijską telenowelą :)

    OdpowiedzUsuń
  29. śródziemnomorski temperament, ot co. Osobiście myślę jednak, że po co szukać aż w Argentynie czy Brazylii, kiedy sami mamy polskie i "dobre" ;-)?

    OdpowiedzUsuń
  30. Tak, tak... porzekadło się potwierdziło - cudze chwalicie, swego nie znacie. A tu może jakiś góral by zaradził ;-P

    OdpowiedzUsuń
  31. Kubełek smakowy ma rację ;) I u nas w Polsce, mimo, że my faceci do genialnych nie należymy jak same wiecie, to jednak na takie czyny raczej się nie porywamy. Inna mentalność, kultura, aczkolwiek pewnnej zuchwałości i nonszalancji by się nam przydało. I nie mówię tu o stanie nietrzeźwym ::P Dobrze, że wszystko się skończyło w miarę nieźle ;)

    OdpowiedzUsuń
  32. zaglądać woln. Po prostu natrafiłem na Twój blog, który podobno jest jednym z bardziej popularnych :P

    OdpowiedzUsuń
  33. Hey very interesting blog!
    Feel free to visit my website - flirten lernen tipps

    OdpowiedzUsuń

Smakowało?