wtorek, 3 maja 2011

W maju jak w raju

Co mnie, do cholery jasnej, tak uwiera?
Gdy rano otwarłam oczy, okazało się, że obok mnie spały trzy inne osoby. Płci żeńskiej. Na dywanie panował, powiedziałabym, względny nieład. Hm. Względny to by być może był bez tej gigantycznej plamy po czerwonym winie na jego środku... No tak - pamiątki po wczorajszym Lejdis Najt. Z dawien dawna niewidziane kumpele uradowały me serce co niemiara, decydując się na przyjazd do mojego miasta. Nie omieszkałyśmy zrobić gór popcornu, domowej roboty nachosów i salsy.


A propos salsy, po babskich pogaduchach, nie omieszkałyśmy również kontynuować imprezy i pójść w tany. Do białego rana. I to dosłownie białego rana.

Mamy trzeci dzień maja, kwitnące bzy, wyszorowany grill i pęto kiełbasy w lodówce, sukienki na ramiączkach.
I śnieg. Tak, tak. Ja też przecierałam oczy ze zdumienia.

Ale to nie był sen...
A może jednak?
Oby! Oby to był tylko sen! 
Nie, wcale nie mam na myśli mrożącego (?!) krew w żyłach obrazu padającego śniegu, a obrazki z poprzedniego wieczoru, które znienacka pojawiły się w mojej głowie. Wierzcie mi, przy tych dziwach jakie miały wczoraj miejsce, ten zimowy obrazek stanowi jedynie idealne dopełnienie, nie anomalię.

A wszystko przez to, że ktoś w 1919 roku wymyślił, że dzień trzeci maja będzie dniem wolnym od pracy. Mądrze.

Dziś mało kto pamięta, że to święto uchwalenia Konstytucji 3 maja Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Ale jak tu niby o tym pamiętać, gdy tyle jest innych ważkich kwestii do zapamiętania w czasie majówki:

1 maja - (rano) posadzić zioła w doniczkach, co by parapet przestał straszyć szarzyzną,  poczytać odkładane zawsze na potem książki, (popołudniu)  zapukać do Pana Zbyszka, (wieczorem) pomalować paznokcie.
2 maja - zadzwonić do mamy, wypad na lumpeksy, fryzjer, zapukać do Pana Zbyszka, iść do zoologicznego popatrzeć na chomiki i rybki (podobno to odstresowuje), (wieczorem) Lejdis Najt
3 maja - przejażdżka rowerami, zapukać do Pana Zbyszka, wypad do kina, upieczenie czegoś pysznego



Doprawdy trudno znaleźć chwile wolnego w te długie weekendy...

Mimo to kochamy długie weekendy i nie zraża nas ich wydłużanie w nieskończoność. Zwłaszcza jeśli chodzi zaś o weekendy majowe. Kochamy maj! W maju nie trzeba nazywać się Kate lub William, by poczuć się jak w bajce. Wszystko jak nie zielone, to w kwieciu. Ech, jeśli już o Williamie mowa, to brakuje mi tylko onego księcia i mogłabym orzec, że jestem w raju.

Jako że wykreśliłam z listy mych zadań zapukanie do Pana Zbyszka, a on najwidoczniej i mnie wykreślił z swojej listy (jakiejkolwiek listy...), ni nie zadzwonił z tekstem "Pakuj plecak mała i zabierz szminkę wodoodporną, na majówkę zabieram Cię na Mazury", musiałam zorganizować sobie innego księcia. Tylko jak?

I właśnie w tym to momencie dochodzimy do owego wieczoru Lejdis Najt.
Przecież jestem kobietą. Czarować potrafię nie tylko w kuchni. Co prawda księcia sobie nie wyczaruję, ale oczarować jakiegoś faceta w tańcu to wyczyn wcale nie taki trudny.

Tylko czy znajdzie się w tę noc aż pięciu Księciuniów? Gdybym to tylko ja była singielką to by było prościej. Nie bądźmy jednak pesymistami.
Ośmielone lampką i wcale nie w gorzkich nastrojach ruszyłyśmy z dziewczynami do klubu.

I nie zdążyłam nawet rozejrzeć się w tłumie, gdy Ula już znalazła swojego Patricka Swayze. Ależ to było dirty dancing!
Ja rozglądałam się nadal, choć nie było to łatwe, nawet pomimo tego, że miałam ubrane niebotycznie wysokie szpilki. Na nic miało się okazać to moje wypatrywanie, bo to ten ktoś sam mnie wypatrzył.
Nim jednak spotkały się nasze spojrzenia, zetknęły się nasze ciała. W końcu o to w tańcu chodzi. Temu komuś jednak chodziło o coś innego, bo nim zdążyłam się przedstawić poczułam coś co nazwałbym muskaniem męskich ust po kobiecej szyji. Jakkolwiek muskanie szyi sprawia mi prawdziwą frajdę, postanowiłam w tańcu wykonać piruet i zobaczyć właściciela tychże muskających ust.
Moje usta rozwarły się lekko. Nie do pocałunku, a z zdziwienia. Oto ujrzałam sympatycznego Pana Sprzedawcę z baru, w którym serwują najlepsze kebaby w mieście. Pan Sprzedawca  Kebaba był oczywiście narodowości Tureckiej, toteż - na tyle, na ile pozwalał mi to stan mej świadomości - użyłam mej jako takiej angielszczyzny do zapytania o jego imię. Pan Sprzedawca Kebaba zrazu wziął me pytanie za dobrą monetę i zaproponował pięciominutową pogawędkę na zewnątrz. Tu mechanizm mej świadomości przestał działać tak sprawnie, jak na to liczyłam, bo wyraziłam zgodę i uciekłam z Panem nie powiadomiwszy dziewczyn.

Na zewnątrz było cicho, ale znacznie za zimno, jak na rozmowę.

Poszliśmy, moje nogi i Pan Sprzedawca (bo mojej świadomości nagle jakby zabrakło) do jego mieszkania.
Zwiałam stąd dokładnie w momencie, w którym dotarło do mnie, że sympatyczny Pan Sprzedawca nie ma zamiaru rozmawiać ze mną o procesie robienia kebaba.
Swoją drogą, szkoda.

Cóż tu dużo tłumaczyć, ja, w odróżnieniu od Pana Sprzedawcy, stopień zażyłości między ludźmi oceniam inaczej, niż po ilości kupionych u kogoś kebabów.

Mimo wszystko apetytu na to ostatnie nie straciłam. Idąc odprowadzić dziewczyny na pociąg, dzierżąc kebaba w ręce, uświadomiłam sobie, że może to i lepiej, że nie wyrwałam wczoraj żadnego księcia. W końcu to świadczyłoby tylko o mojej desperacji. A tak, mam w sobie błogie poczucie, że nic nie muszę.

Przede wszystkim nie muszę dziś pracować. Mogę za to leżeć cały dzień w łóżku, zajadając się fistaszkami i oglądając książkę o chomikach. I to dziś dla mnie wystarczająco dużo, by patrząc na sypiący za oknem śnieg, powiedzieć sobie
w maju jak w raju.







12 komentarzy:

  1. uhh..no to dobrze,że udało Ci się wymknąć!
    cheer up and move on:)
    uściski
    J.

    OdpowiedzUsuń
  2. Długie weekendy bywa, że obfitują w cały szereg zajęć dużo bardziej męczących, niż te w tygodniu pracy.
    Czy wyobrażasz sobie, jakbyś miała takie Lejdis Najt codziennie?;)
    Końskiego zdrowia by zabrakło.;)
    A Turcy są mili i... nie lubią zasypiać gruszek w popiele.:) Bo to naród zdolny kulinarnie i wie, co by wtedy stracił.:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  4. Zaszalałaś moja Droga :) cóż każdemu się takie przygody zdarzają (tym statecznym Wiewiórom w młodości a jakże także :) i warto miło je wspominać. Marzy mi się Lejdis Nait ale zarówno lejdis jak i nait są astronomicznie odległe z racji posiadania dziecięcia i długo pracującego Małżona więc nici z tego. Czytam, zazdroszczę i doczekać się więcej nie mogę. A Pan Zbyszek... tez kiedyś takiego Pana znałam i na szczęście nic nie wyszło:)

    OdpowiedzUsuń
  5. nogi mi już zmarzły od tego trzymania gołej stopy , w celu przymiarki pantofelka. Księciunio ociąga się :D pewnie gdzieś siedzi i ma porozrzucane skarpety po całym mieszkaniu, dobrze, że nie moim. w sumie ten stan mi pasuje. nakładam własne skarpety i mam w nosie, spokój mam i marzenia o NIM mi wystarczą. a TY ...pukasz do Pana Zbyszka, a tam w kuchni pichci już nowa Pani Zbyszkowa :D :D

    OdpowiedzUsuń
  6. jak tu u Ciebie pysznie czekoladowo :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Dziwny zbieg okoliczności, blog czekoLady a ja przed chwilą wrabałam cała czekolade i mi wstyd:(

    dzień dobry po raz pierwszy:)

    OdpowiedzUsuń
  8. Beato, nie ma, tzw. przypadków w naszym życiu ;-) Di, fakt, trzeba byka wziąć za rogi, stopa już nie wytrzymuje... Wiewióro, Lejdis Najt czeka na Ciebie, nie wymigasz się ;-) pozdrawiam Was wszystkie, drogie Czekoladożerczynie :))

    OdpowiedzUsuń
  9. To się jednym tchem czyta :-)
    Pisz dalej :-)

    OdpowiedzUsuń
  10. Apropos Twojego komentarza u mnie - publikuję te felietony, co piątek na www.e-teatr.pl :)
    Nie miałabym tyle zapału i czasu, by pisać je wyłącznie na potrzeby bloga :)

    Pozdrawiam (i znów świetny wpis)

    OdpowiedzUsuń
  11. Dawno już nie byłam na takim pidżama party. Może za stara jestem. Eee. Nie. Chyba po prostu mam samych kolegów... :D I to ma się zmienić w sumie na... jeszcze więcej. Będę rodzynką. Byle nie w cieście. :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Podoba mi się u CIebie :) czytam z wielką przyjemnością.

    OdpowiedzUsuń

Smakowało?