środa, 25 maja 2011

Seksualne dochodzenie

Ile czasu potrzeba, by ona doszła?

Oczywiście mam na myśli kiełbaskę pieczoną na grillu! Przy dobrym płomieniu, jakieś 10-15 minut.

Macie rację, co najmniej dwuznacznie to wszystko brzmi...
Tak się jednak składa, że rozmowy pomiędzy kobietą a mężczyzną często trącą dwuznacznością.
Nierzadko zdarza się, że  do mojego sklepu wchodzi klient i prosi o (cytuję):
" ciągniecie jednego prostego".  

Nazwałabym to bezczelnym flirtem, gdyby nie chodziło o... toto lotka! Klient to Dziadzio z twarzą styraną siedemdziesiątym rokiem tułania się po tym świecie i brakującym zębem. Nie ma pojęcia o tym, że określenie, którego używa, by wybrać gwarantowane 2 mln w totka, może być odbierane w nieco "inny" sposób.

Ciekawe czy równie nie uświadomiony był ktoś, kto wymyślił nazwę Instytut Badań Seksualnych. Instytut Badań nad Seksualnością, owszem. 
Ale Badań Seksualnych
I to w moim mieście? Coś podobnego! Muszę jechać zbadać tę sprawę. No więc, jak ten niewierny Tomasz, pobiegłam zobaczyć. A w zasadzie pojechałam z kumplem, dziennikarzem, zwanym na tym blogu Panem Redaktorem.

Wielka była moja ciekawość. Jeszcze większe moje zdziwienie, gdy dumnie brzmiący Instytut okazał się mocno nadgryzioną zębem czasu kamienicą (czyt. ruiną). Zamiast eleganckiego podjazdu, niezaznajomiony z dźwiękiem kosiarki trawnik. Parę dziko rosnących tulipanów. I tabliczka:



Cóż, nie powinno oceniać się po pozorach. Toteż, postanowiliśmy dać Instytutowi  jeszcze jedną szansę. Błagając Niebiosa, by w trakcie naszego śledztwa dach nie runął nam na głowę, dostaliśmy się na piętro budynku. Duszno i ciasno. Miast po czerwonym dywanie, mieliśmy zaszczyt stąpać po dywanie z kurzu. Sypiący się z sufitu, ścian i w ogóle zewsząd tynk, nie wróżył nic dobrego. Wszystkie drzwi zamknięte na cztery spusty. Również te, za którymi miały odbywać się badania seksualne. Widok drzwi okolonych ciasno powciskanymi karteczkami mówił jedno - jeśli jakiekolwiek badania miały tu miejsce, to było to wieki temu. Może nawet za Gierka.
Prócz, zajętej piciem kawy, pani sekretarki żywego ducha. Doprawdy, trąciło "Z archiwum X". Gdy na moment to my staliśmy się ważniejsi od kawy, pani była uprzejma wyjawić nam, że Instytutem zajmował się onegdaj niejaki Pan Jan Kowalski. Wymieniliśmy z Panem Redaktorem znaczące spojrzenia. Spotkaliście kiedyś kogoś o takich inicjałach?!
Jeśli Pan Jan Kowalski w ogóle istnieje ( na tej samej zasadzie, na jakiej istnieje Wielka Stopa), to z całą pewnością prowadzi swoje badania (seksualne, nie zapominać!) w terenie. A jakże - mamy maj! 

Ściema, podpucha, robienie w balona...  Nasze dochodzenie w sprawie Instytutu Badań Seksualnych spełzło na niczym. Powiem inaczej - dochodzenie poszło szybko, gładko i sprawnie. Zaowocowało przecież  odkryciem wielkiej prawdy!

W Polsce seks to nadal niezmiennie i tradycyjnie temat tabu.
Bardziej, niż temat zakazany, pasuje mi tu określenie temat zaniedbany. Temat ukiszony jak ogórki w zalewie.  

Na trzech palcach jednej dłoni (a przecież dłoń ma ich aż pięć!!!) potrafię wymienić znanych seksuologów. Z świecą, a nawet dwiema, szukać w mniejszych miastach poradni seksuologicznych. Nie wspomnę już o Instytutach badających seksualność. Jeśli jakieś są, to  - widzę Wasze kiwanie głowami - budzą drwiący śmiech, bo okazują się (drwiącego) śmiechu wartymi klitkami nadającymi się do serialu "Z archiwum X". Przepraszam, zapomniałam dodać, że o ile owe Instytuty w ogóle istnieją.

By nie wyjść na wymagającą fantastkę, sprecyzuję, że bardziej, niż o instytutach  z zadbanymi trawnikami, marzę o takiej sytuacji, w której temat seksualności był dla nas ważny, jak dbanie o różnorodność codziennego menu. Byśmy nie mówili o tym jedynie na ucho i z kolorem chłodnika buraczkowego na policzku.
Teraz prawdopodobnie wyszłam na wymagającą zwolenniczkę Freuda. Bywa.
 
Tajemnicze to było dochodzenie... po jego zakończeniu agentka Scully (ja) i agent Mulder (Pan Redaktor) usiedli na ławce i spożyli czekoladę sprowadzoną prosto z Rosji (nie pytajcie o szczegóły, bo ich nie znam). Ale to nie była randka.


19 komentarzy:

  1. A o czekoladę spytać można? Co to za czekolada była?

    OdpowiedzUsuń
  2. hehe, ciekawa sprawa z tym instytutem:) ja na szczęście mam mocno wyzwolonych przyjaciół spośród których nikt się nie rumieni mówiąc o seksie:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Do mnie przychodzi ostatnio pan i pyta o najnowszą książkę Szczygła (o czym jeszcze nie wiem).
    - Jest "zrób sobie dobrze"?
    - ??? "Zrób sobie dobrze"? (oblatuje w myślach regał z poradnikami)
    - No macie tą ksiązka Mariusza Szczygła "Zrób sobie dobrze" ?
    - Zapewne chodzi panu o "Zrób sobie raj" (koleżanka obok wgryza się w blat i popuszcza w majty)
    Uśmiecham sie promiennie, ale pan i tak się obraża i prycha.

    ech..
    :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Interesujący blog! Będę zaglądać :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. Fajny tekst:)
    ...i zgadzam się z Tobą właściwie ze wszystkim, co tu piszesz...

    OdpowiedzUsuń
  6. To była bardzo tajemnicza czekolada, bo nie umiem czytać po rosyjsku... ;-) zapytam Pana Redaktora ;-)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja w życiu spotkałam przelotem tylko jednego Kowalskiego. I to było całkiem niedawno, ale nie miał na imię Jan ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Pikantny blog :) pięknie, piękni :)

    OdpowiedzUsuń
  9. No i nieźle się znów u Ciebie ubawiłam czytając! Pozdrawiam:D

    OdpowiedzUsuń
  10. Czarna Mamba27 maja 2011 12:52

    Chylę czoła :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Aż mi się przypomniała jakaś anegdotka z poprzedniej pracy o koleżance-nowicjuszce. Nie pamiętam dokładnie szczegółów. Miała się dodzwonić do jakiejś firmy w konkretnej sprawie, chyba też ustalić osoby kontaktowe. Twierdziła, że rozmawiała z panem Markiem i że jakoś się dziwnie przedstawił. No tak, dziewczyna usłyszała "słucham, Mark Ting" ;). To prawie jak "czy mogę rozmawiać z Alem Koholikiem"? ;)
    Czekolada z Rosji. Intrygujące.

    OdpowiedzUsuń
  12. A ja powiem tak prywatnie od siebie, że lubię taką "tajemniczą" otoczkę wokół seksu w Polsce.
    Tak naprawdę dodaje to jeszcze pikanterii do całości! mniam mniam

    OdpowiedzUsuń
  13. A już myślałam, że ten instytut to znak nowych czasów w Polsce... Chyba powinnam przestać marzyć.

    OdpowiedzUsuń
  14. tę instytucję to Państwo, czyli my utrzymuje?

    OdpowiedzUsuń
  15. Jak zwykle dwuznacznie :D Podoba mi się to, że przychodzi Ci to naturalnie, a tekst nie jest przesadzony.

    OdpowiedzUsuń
  16. Miłe mi czytelniczki (i czytelnicy, którzy jednakże nie zabrali tu głosu) dziękuję za każdy zostawiony po sobie ślad. Wasze komentarze są i mądre, i zabawne, i dają do myślenia. Przede wszystkim mnie cieszy ich obecność! Pozdrawiam czekoladowo!

    OdpowiedzUsuń
  17. Bardzo fajnie się czyta twoje historie:) pozdrawiam
    i czekam na kolejną:)

    OdpowiedzUsuń

Smakowało?