niedziela, 1 maja 2011

Rozstania i powroty

Życie, w przeciwieństwie do wielu filmów animowanych nie ograniczonych limitem wiekowym, bywa bajką. Zapewne jest bajką, jeśli ma się na imię Kate albo William. Tym bardziej, jeśli jest się tym Kate i tym Williamem. Ach, co to był za ślub... Na szczęście nie muszę pisać, bo tv wyręczyła mnie w tej cukierniczej robocie.

Ja, całe szczęście, mam na imię Aurora. A moje życie co najwyżej przypomina całkiem barwną telenowelę. Tak, na przykład, pokłóciłam się ostatnio z moją Starszą Siostrą. Ostra sprzeczka nie przeszkadzała wcale temu, że jeszcze tego samego wieczoru ułożyłyśmy się do snu blisko siebie, w tym samym łóżku. Cóż, takie niewygody życiowe... Chcę, jednak powiedzieć, że kłótnia nie zawsze oznacza game over.
Bywa, że jednak oznacza. Tak jak w przypadku wspomnianej wyżej Starszej Siostry i jej chłopaka. W zasadzie to już jej eks-chłopaka.
Żeby było śmieszniej, to jej rozstanie było też powodem naszej waśni. Brzmi trochę patologicznie więc spieszę Wam z wyjaśnieniami. Otóż, moja Starsza Siostra najwyraźniej przeżywa stadium żałoby po stracie (termin fachowy, sama tego nie wydumałam...). Taki etap godzenia się z tym, że osoba, z którą się było bardzo blisko nagle znika z naszego życia. I nie ma już tego "my". Proces nieodwracalny. Brr...  Raz po raz próbuję jej ten niemiły czas jakoś jednak umilić, a to zapraszając ją na koncert, a to zabierając ją sklepu obuwniczego, tudzież  podsuwając jej taki zestaw:





Tamtego wieczora w kieszeni miałam tylko dychę, więc wyciągnęłam ją na małe imbirowe w ulubionym pubie. Starsza Siostra tryskała pozytywną energią i ciskała dowcipami jak Zeus gromami. Aż tu nagle, w drodze powrotnej do domu, dla odmiany, zaczęła tryskać łzami. A z łzami lał się potok żali - bo nie ma z kim pójść na randkę, bo czuje się bardziej zdechłym śledziem, niż seksowną kobietą, bo w tym mieście nigdy nie znajdzie faceta, bo nawet jakby się taki egzemplarz znalazł, to ją nie zechce, bo...
I tak przez następne dwie godziny... 

Rozstania. Cholernie trudny kawałek chleba...
Nie widzieli już siebie od dwóch tygodni. Straszliwie długo, jak na nich. Powrotu raczej nie będzie.

Tymczasem melduję mój powrót!!! 
Wróciłam z Lesiowa do mojego miasta. Do mojej kamienicy. Wiecie, co to oznacza?
Powróciła do mnie myśl o Panu Zbyszku. Myśl... Gdy obładowana (Mama: "a może weźmiesz jeszcze z sobą trochę jajek? A i wędzonego łososia, a i jeszcze słoiczek z burakami?") wspinałam się na ostatnie piętro mojej kamienicy, musiałam przystanąć w pewnym momencie, by sobie odsapnąć. Tak, starość, nie radość... Nie wiem, co chciało, (z pewnością byłam to ja sama) że zatrzymałam się akurat pod 13. Pod jego drzwiami. Za jego drzwiami głucha cisza... Nie! Chyba coś słyszę! Czy to bicie jego serca? Hmm... To sąsiad z naprzeciwka wbijał gwódź do ściany.

Nie wiem, czy obecną sytuację między mną i Panem Zbyszkiem nazwać rozstaniem, bo przecież nigdy z sobą nie byliśmy. Logicznie wnioskuję? 
Ech, gdyby z facetami było tak łatwo jak z warzywami... 




Weźmy taką sałatę. Nie czuje się urażona, że zapomniałam o niej na całkiem długi czas. I tak z ochoczą minką ląduje znów co wieczór na moim talerzu. Nie, nie oznacza to wcale, że wróciłam do diety. Bo żadnej diety nigdy nie prowadziłam. Tylko ... Tylko chciałabym bosko wyglądać, gdy znów przyjdzie mi wpaść w warzywniaku na Pana Zbyszka.

Do diaska z logiką! Chcę znów go zobaczyć. Jakiś powrót musi być. W końcu moje miasto to całkiem nie duże miasto i w końcu na siebie wpadniemy! Przecież w życiu, tak jak i w bajkach, a i telenowelach rozstania występują zawsze w parze z powrotami. A zdarza się i tak, że deszcz łez wylanych po rozstaniu użyźnia związkową glebę lepiej, niż jakikolwiek inny specyfik.




11 komentarzy:

  1. \Zawsze można wpaśc pożyczyc szklankę cukru:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie chcę być nie daj Boże źle zrozumiana, jako ta niewrażliwa czy coś, ale czucie się zdechłym śledziem rozśmieszyło mnie do łez. W sensie wyrażenia - śpieszę wyjaśnić - nie zaś samego czucia, które to jest stanem nieznośnie niekomfortowym - wiem, bo zdarzyło mi się ono co najmniej dwa razy, w tym raz nawet rozkładającym się.
    Utul siostrę ode mnie.
    Guzik jej to pomoże, ale chociaż może nie zaszkodzi?
    Nie mam kataru.
    ;)
    Dysponuję natomiast wiedzą, że śledzie mają zdolność samoregeneracji.
    Może jakieś SPA dla śledzi, albo greckie wyspy?

    W kwestii Pana Zbyszka... to obecnie niezbyt go lubię.

    OdpowiedzUsuń
  3. jako Kate czekam na swojego Williama...hmm Wilhelma :) to se poczekam... :)

    a ten Pan Zbyszek to chyba totalnie ślepy jest - ma taką fajną sąsiadkę i tego nie widzi!
    p.s. czekam na dalszą część Waszej historii, choćby na relację ze spotkania w warzywniaku :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Aurora, jak ty lekko piszesz:)
    Będę zaglądać:)

    OdpowiedzUsuń
  5. I znowu czytałam z zapartym tchem. Może Ty książkę wydać powinnaś??? pozdrawiam cieplutko z wiewiórczego azylu :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Łączę się bólu z Twoją Siostrą gdyż aktualnie stadium żałoby po rozstaniu nie jest mi obce... :/ Świetny blog! :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Dlaczego ja nie mam siostry...

    OdpowiedzUsuń
  8. Dziewczyny, Starsza Siostra czuje się o niebo lepiej, wiedząc o Waszej solidarności i dziękuje za Twe uściski, Lekka :))
    słysząc komplementy i zachęty do pisania nie tylko trochę się rumienię, za to bardziej cieszę i zabieram się do pisania ;-P

    OdpowiedzUsuń
  9. Hm, hmmm. Gdybym ja na przykład wpadła na przysłowiowego pana Zbyszka w warzywniaku, to nic by z tego nie było. Bo ja do warzywniaka w spodniach dresowych chadzam ;)).

    Lekka, i luv u :DD.

    OdpowiedzUsuń
  10. Odp na moj post - zadzrosc jest zdrowa jesl ijest w granicach rosadkuu. niestet yczesto wybiega poza nie.

    a na twoj post - zawsze mozna zapukac i pozyczyc mlotek ;)

    MARGO - siostry wcale nie sa takei cudowne -niektore, chcesz, to oddam swoja ;)

    OdpowiedzUsuń
  11. cudnie mieć siostrę, w której się ma takie wsparcie:)
    A! pan Z powinien sam się odezwać pierwszy po takiej wpadce!co za ciepłe kluchy z niego..;)
    uściski

    OdpowiedzUsuń

Smakowało?