niedziela, 10 kwietnia 2011

Tam, gdzie rosną i pachną stokrotki

Wiecie jak to jest z tymi białymi misiami?
Niech no tylko ktoś Wam zabroni o nich myśleć, gwarantuję, że białe misie pojawią się w Waszych głowach co najmniej trzy razy na minutę.
Co z tego, że wiem. Padłam ofiarą efektu białych misi, jak ta pięciolatka, która sądzi, że skoro zna mechanizm działania pułapki na myszy, wkładając do niej palucha, nie zostanie boleśnie przytrzaśnięta. Ha-ha. Odkąd postanowiłam dać sobie spokój z myśleniem o Panu Zbyszku, pojawia się on w mej głowie niemal dwukrotnie częściej, niż przedtem. Zasadniczo oznacza to, że myślę wyłącznie o nim.  
Obsesja, mówiąc prościej. 

Co zrobić, by pozbyć się białych misi (czyt. Pana Zbyszka) raz na zawsze?  
Na pewno nie pomoże vanish. Białe Misie bardziej wybielone być nie mogą. A tak zupełnie serio, skoro zabronienie nie pomaga, to może pełne przyzwolenie?
Otóż, nie. Mózg tak samo reaguje na "białe misie" jeśli ustawimy przy nich słowo "nie", jak i "tak". Musimy skupić się na zupełnie innym obiekcie. Na pomidorkach koktajlowych, na przykład.

Tylko jak tu nie myśleć o Panu Zbyszku, skoro każdy jeden pomidorek koktajlowy w warzywniaku przypomina mi właśnie mego sąsiada, w którym bezpowrotnie jestem zadurzona? Okej, nie z tych jestem, co to widzą obiekt swych westchnień w każdym jednym nieco podobnym osobniku przechadzającym się pod oknem. Jestem w nieco bardziej tragicznej sytuacji, bo o Panu Zbyszku przypomina mi niemal 2/3 produktów spożywczych. Tyle pięknych wspomnień kulinarnych schadzek... Musiałabym przestać jeść, by zapomnieć całkowicie o jego istnieniu. Masochistką jednak nie byłam, nie jestem i nie będę.

A więc jednak... Mimo moich wcześniejszych zapewnień, trafiłam do krainy stokrotek. 
Do mojego rodzinnego Lesiowa, konkretnie. Weekend na wsi, jak to weekend na wsi, miał mi przynieść ciszę i spokój, który z takim trudem był uchwytny w mieście.
Czy zdziwicie się, jeśli Wam zdradzę, że było wręcz odwrotnie, niż to sobie wyobraziłam? Ale żeby aż tak?!

Nim zegar wybił godzinę 9.00, do moich uszu wdarł się okrutny jazgot. Zaraz potem dom zadrżał w posadach. Senny koszmar? Trzęsienie ziemi w Lesiowie? Nie, mały rodzinny remont. Tym razem moi rodzice wpadli na pomysł, by warto było wymienić podjazd. Tym sposobem moje urokliwie niegdyś podwórko zaczęło przypominać krainę Mordor. Zamiast soczystej kwetniowej zieleni, rozkopana ziemia. Wszędzie jakieś doły, trzeba bacznie uważać, by do jednego nie wpaść, choć od samego widoku, człowiek dostaje małego doła...
Nic, tylko uciekać. Z powrotem do miasta? Wpierw jednak do lasu. I na łąki.
Jak cudownie! Wszędzie mnóstwo małych stokrotek! Zaczęłam zrywać te urokliwe wytwory wiosny. Brakowało tylko bym zaczęła odrywać płatki, pytając "kocha", "nie kocha", a tym samym z mojego bloga zrobiłyby się popłuczyny po Jane Austen. Jane Austen jest jedna i niezastąpiona. A stokrotki niekoniecznie służą do pytania ich o swoje sprawy sercowe. Może Was zaskoczę, a może i nie, ale
stokrotki mogą służyć do jedzenia!

Nazbierawszy całą garść, już w drodze namyślałam, co by tu z nich przyrządzić. Tak małe, tak śliczne, tak słodkie...
Mając na uwadze nadchodzącą niedzielę i wiążący się z tym niepisany odwieczny obowiązek zjedzenia poobiedniego deseru, postawiłam na tartę bananową. "Phi? Tarta bananowa?" - parskniecie pod nosem, myśląc o tym, jak bardzo banalny to przepis. Nic bardziej mylnego!
Obronię się, zdradzając z jakiej książki kucharskiej korzystałam. Otóż, była to moja pierwsza książka kucharska! Stara, mamina, PRLowska książka, którą najpierw bezmyślnie kredkowałam, potem przeglądałam obrazki, a w końcu zapożyczałam pierwsze, nieśmiałe przepisy. Rzuciłam się na tę książkę, jakby sama była tartą bananową. Wybrałam ciasto kruche. Jeśli ciasto kruche to tylko z jakąś miękką i akssssamitną zawartością. Stąd banany. Co więcej, też budyń bananowy!

Tyle natchnionej paplaniny. Parę godzin ciężkiej pracy ręcznej później, wyszło coś takiego:




Przepis:

ciasto kruche:
( z książki "Dobra kuchnia") 
50 dkg mąki
25 dkg tłuszczu (ja użyłam margaryny)
15 dkg cukru pudru
2 żółtka
10 dkg gęstej śmietany

Jak ciasto kruche, to wiadomo - w mig zagnieść i odstawić na jakiś czas do zamrażarki.

budyń:
2 opakowania budyniu bananowego
0,4 l mleka pełnotłustego
szklanka nektaru bananowego
2 żółtka

Budyń, jak się robi, każdy wie. A jeśli nie, na odwrocie torebki instrukcje zdradzają każdy kolejny krok ;-P

warstwa wierzchnia:
piana ubita z czterech białek
cztey łyżki nektaru bananowego
dwie łyżki mleka w proszku


Nektar zmieszać z mlekiem. Wlewać powoli do ubitej piany.

poza tym:
3 banany pokrojone w podłużne paski
Garść stokrotek :-)

Filozofia tarty bananowej:
Rozwałkowane cienko kruche ciasto wkładamy do formy. Pieczemy krótko w dość wysokiej temperaturze (ok. 200 stopni). Po ok. 10 min pieczenia wlewamy do środka budyń. Układamy banany. Pokrywamy pianą. Raz jeszcze układamy banany. Wkładamy do piekarnika na ok 20 min - 30 min ( w zależności od możliwości naszego piekarnika).
Po wyjęciu udekorować stokrotkami. Te maleństwa można bez obaw zjadać. W smaku nie najlepsze, ale jaki efekt dekoracyjny!


Smacznego!
A! Poczekajcie aż wystygnie! To nie żarty! Rozpływający się budyń to nic sympatycznego!

A co z Panem Zbyszkiem? Cóż, pobudzająca wszystkie me zmysły pyszna tarta wcale nie ułatwiła mi zapomnienia o mym absztyfikancie. Czyli cdn.  



12 komentarzy:

  1. o matko, że facet to rozumiem, ale ciasto? jestem na diecie, litości:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ależ ono jest absolutnie piękne!
    Za takie ciasto ja sama już Cię kocham.:)
    I nie mów, że Pan Zbyszek je widział i nic...
    A jeszcze bardziej nie mów, że nie widział.

    Zaraz wyjdzie, że namawiam Cię do milczenia.
    To już chyba lepiej będzie, jeśli to ja zamilknę...

    OdpowiedzUsuń
  3. Lekka, mów mi tak jeszcze :-D

    OdpowiedzUsuń
  4. heh też mam takiego Pana Zbyszka :)
    ja już jestem kupiona tą tartą!

    OdpowiedzUsuń
  5. MAM ! ową książkę kucharską :)należy Pana Zbyszka udekorować stokrotkami :) achhhhhhhhhh zazdroszczę tego błogiego stanu :)

    OdpowiedzUsuń
  6. tarta z budyniem - hmmm, kuszące. Ale czuję, że mnie by się rozwaliła,, rozlazła, rozmoczyła :|

    a ze stokrotkami to piękny pomysł... :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Uwielbiam Dobrą Kuchnię! Mam w dwóch wydaniach, jedno- i dwutomowym i nie oddam żadnej!

    OdpowiedzUsuń
  8. Jaka piękna! Powrót do takiej książki musi być sentymentalny. Pan Z. to chyba się szybko z twojej głowy nie wyniesie ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. dziękuję (choć czasem jak tak patrzę na swoje posty, to myślę, że może to brzmieć okropnie, jak jakiś pseudoartystyczny bełkot....) a u Ciebie jak pysznie !
    póki co zrobiłam przerwę, ale wrócę jeszcze.
    będę tu zaglądać :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Wielbicielki "Dobrej Kuchni" i Panów Zbyszków - łączmy się ;-)

    OdpowiedzUsuń
  11. ja się kiedyś kochałam w Zbyszku... Zamachowskim :>

    OdpowiedzUsuń
  12. Na hasło "książka kucharska" mam odruch Pawłowa - "Dobra kuchnia" ;)
    A tarta, wygląda przezachęcająco :)
    pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń

Smakowało?