piątek, 8 kwietnia 2011

Postny post

To będzie naprawdę postny post.
Z subtelnym gruchaniem gołąbków w tle. Wcale się nie obrażę, jeśli ktoś odejdzie od monitora zdegustowany.

Zacznijmy jednak od tego, że po wielu tygodniach wyczekiwań, stało się! Szefu dał mi dzień wolnego!!! Hurra!
Uwielbiam mojego szefa!
Po tym, jak poprosiłam go, by powtórzył do moich uszu tę wiadomość raz jeszcze, zaczęłam gorączkowo zastanawiać się, jak tu spożytkować ten nadmiar czasu wolnego. No i wymyśliłam.
Nic.
Nie to, że nic mi nie przyszło do głowy. To znaczy, właśnie owo Nic zostało wymyślone. Ech...
Innymi słowy: wymyśliłam Nic-Nie-Robienie.
Taki postny dzień. Jeśli chciałabym przed Wami uchodzić za osobę modną, rzekłabym, dzień oczyszczenia, tak by pozalatywało jakąś ideologią buddyjską i żeby koniecznie przyszło wszystkim na myśl słowo Zen.


Zaczęłam więc od szklanki wody z cytryną i miodem na dzień dobry. Myślę sobie, przy dobrych wiatrach, wytrzymam tak do południa. Skąd taka zuchwała idea? A no, doszły mnie słuchy, że taka głodówka pomaga oczyścić jelita, ale też umysł. Nie będę wnikać, co lub kto zanieczyszcza moje drogi pokarmowe, wszak nie chcę siać niepotrzebnej paniki. Z chęcią podzielę się tym, co lub kto zagnieżdża mój umysł. Ci, którzy czytali poprzedni mój wpis wiedzą, że chodzi o sprawy sercowe. Ci, którzy należą do grona bardziej wtajemniczonych, wiedzą, że chodzi o mojego sąsiada, Pana Zbyszka. Sąsiada, dobre sobie... Facet wdarł się nie tylko do mojego umysłu, jak wygłodniały szczur do spiżarni pełnej starej pizzy, ale posiadł też fragment mojego serca.
Efekt? 
Tragiczny. To znaczy się, zauważam w sobie elementy postaci klasycznych tragedii. Coś tam z Julii, coś z Hamleta...
Pytać czy nie pytać?  
- nadal zadaję sobie ważkie pytanie.
Im więcej jednak słyszę porad, tym bardziej czuję się bezradna... 
Co czuje Pan Zbyszek? Czy mogłabym dostać od niego choć parę okruszków miłosnego wyznania? 
Te pytania, za moją własną zgodą, nadal pozostają dla mnie tajemnicą. 
Poczekam.
Duch Święty albo jakieś buddyjskie oświecenie? Nie wiem, ale tak mi podpowiedziała moja intuicja. Załóżmy wielkodusznie, że jest niezawodna.

Bynajmniej trochę bardziej, niż moja postna wola. 
Pół godziny po wypiciu miodowo-cytrynowej mikstury obudził się w moim żołądku potwór. Gotowa byłam zjeść wszystko, co było w zasięgu mojej ręki. Jak dobrze, że zaplanowałam postny dzień! W zasięgu ręki była... sałata!



Od namyślania na te miłosne tematy i rozkminianiu, jak gruchają zakochani faceci przyszła mi gigantyczna ochota na... gołąbki
By dochować resztek szacunku do samej siebie, postawiłam sobie twardy warunek - jeśli gołąbki, to tylko postne! W ten oto sposób, zabrałam się do robienia wiosennej i lekkiej wersji kapuścianego przysmaku z mielonym. Kapuchę zamieniłam śwież sałatą. Odnośnie farszu, zostawiłam ryż. Poczciwe mielone zastąpiłam łososiem. Dodałam soku z świeżej cytryny i limonki. Dla koloru wkroiłam trochę ugotowanej marchewki. Dla własnego kaprysu, wrzuciłam też parę czarnych oliwek. 


 O to, jak zakończył się mój post: przedpołudniową ucztą z gołąbków!


A niech to szlag... 
Przepraszam wszystkich wegetarian oraz hodowców gołębi. To nie tak miało być... Już się nawracam! O!



Gołąbki dwa... 
Nie mam pojęcia ( i chyba nie chcę mieć) czy dalszy ciąg dnia był efektem (kara jakaś, czy co?!) przerwanego postu, ale potoczył się nieco inaczej, niż sobie zaplanowałam. 
Dokładnie tak, jakby wszyscy doskonale wiedzieli, że mam wolne - mój telefon rozdzwonił się na dobre. Każdy czegoś ode mnie chciał. Znacie to, prawda? Zupełnie, jak gdyby ludzie cieszący się luksusem dnia wolnego od pracy, nie mieli nic innego do roboty...
Tymczasem ja przecież miałam mnóstwo kwestii do myślenia. To dopiero ciężka praca... 

Z powagą buddyjskiego myśliciela analizującego transcendencję bytu, zaczęłam zastanawiać się nad zachowaniem Pana Zbyszka. Wzięłam parę głębszych oddechów i...
Przecież zaprasza mnie do kina i do kawiarni. Oglądając komedie, śmiejemy się w tych samych momentach. Co prawda, nie wręczył mi czekoladowego serca na walentynki, ale to tylko dlatego, że się jeszcze nie znaliśmy. Czasem milczymy z sobą i nie wydajemy wtedy z siebie nerwowych chrząknięć. Gdy razem gotujemy, on nie zawaha się pozmywać naczyń. 
Czy trzeba czegoś więcej?
No pewnie, że tak.
Na przykład to, że uwielbiamy sobie dogryzać?
Nie wiem, czy to dlatego, że jest typową, czy dlatego, że jestem nietypową kobietą, ale nadal trzeba mi dowodów...

Całość postnego dnia zwieńczyła wieczorna migrena. 
Cieszę się, że nazajutrz wracam do pracy. A i odezwę się chyba do wszystkich znajomych, którzy dzwonili do mnie o przysługę.
Jeszcze jeden postny dzień, a skończyłabym w zakładzie dla obłąkanych albo raczej plantacji stokrotek. Zamiast nawozić rośliny, zrywałabym kwiatki i wyrywając płatki, pytałabym retorycznie - kocha? Nie kocha? Kocha? 

Mimo wszystko od raz podjętej decyzji nie uciekam. 
Nie zapytam Pana Zbyszka o jego zaangażowanie uczuciowe. 
Jeśli w przeciągu paru dni żaden post nie pojawi się na tym blogu, szukajcie mnie tam, gdzie rosną i pachną stokrotki.

4 komentarze:

  1. "I nie miłować ciężko, i miłować
    Nędzna pociecha..."

    pisał poeta Sępem Szarzyńskim zwany
    i skurczybyk miał rację.
    W dodatku ta wiosna - nie ułatwia, nie ułatwia.
    Gołąbki - słodziaki.:)

    A może by tak afrodyzjakowa kolacja? Hę?
    Temu się ŻADEN nie oprze.;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja nic chcę straszyć ni, psuć humoru itd. bo mam nadzieję, że w Twoim przypadku będzie inaczej, ale ja miałam podobną sytuację i koniec końców okazało się, że On chce się przyjażnić...i tylko do tej pory kiedy nie znalazła się taka, z którą to chciał coś więcej.

    OdpowiedzUsuń
  3. Cały jeden wolny dzień? Toż to szok dla Twego ciała i umysłu! Stąd te gołąbki, rozterki i migrena...Wszystko przez szefa! ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. No tak taki dłuugi, wolny dzień może człowieka zabić :D

    OdpowiedzUsuń

Smakowało?