środa, 20 kwietnia 2011

Erotyczne menu

Jest taki dzień w życiu każdej kobiety, kiedy uświadamia sobie, że facet, z którym się spotyka to właśnie TEN. Ten Jedyny, którego szukała przez całe swoje życie.
Jest to chwila wielka, wiekopomna, wyjątkowa. Gdyby istniał taki zmyślny gadżet do upamiętniania unikalnych chwil i uczuć, to użyty byłby właśnie w tym momencie. 

Muszę przyznać, że ostatnio czułam coś takiego kilka dni temu.  W stosunku do zielonej holenderki, którą ujrzałam w sklepie rowerowym. Teraz jest moja!
Jeśli chodzi o facetów, nie rowery, taka chwila w moim życiu jeszcze nie nadeszła. 

Póki co, dziś rano, jedyne, co sobie uświadomiłam to to, że nadszedł kolejny dzień jak co dzień z tym samym przewidywalnym scenariuszem. Ach, gdybym tak miała w słoju uwięzioną złotą rybkę. Bez chwili zastanowienia poprosiłabym, żeby w tym dniu wydarzyło się coś wyjątkowego, co odmieniłoby moje życie na zawsze!
Siedząc rano nad miską granoli z kozim mlekiem i wyławiając z niej suszone truskawki, uświadomiłam sobie wspaniałą rzecz. Przecież nie potrzebuję wyłowić z Bałtyku złotej rybki, by spełnić swoje życzenie. Może to głupio zabrzmi, ale to ja sama jestem złotą rybką! 
I nie musiała upłynąć minuta, by kolejna wspaniała myśl pojawiła się w mej głowie.
Zaproszę dziś Pana Zbyszka na erotyczną kolację!
Na samą myśl o tym, moje serce zaczęło bić szybciej. Był to niezawodny znak, że dziś jest ten dzień!

Myśl ta towarzyszyła mi przez kolejne kilka godzin pracy, w czasie której z pieczołowitością obmyślałam erotyczne menu. Nie musiałam się wiele namęczyć, bo (jak wiecie z poprzedniego wpisu) przez ostatni tydzień z zapałem młodego adepta studiowałam książkę, pt. "Kuchnia erotyczna". Listę najskuteczniejszych afrodyzjaków potrafię wymienić w minutę,  obudzona  nawet o trzeciej w nocy.
Ciekawe dlaczego zatem mój umysł atakował taki obrazek:




Uległam mu. Przygotuję zapiekane w cieście banany z czekoladą - zadecydowałam. Niby banał. Ale jak apetycznie się prezentuje! No i niekwestionowany afrodyzjak nr 1.

W podskokach i pląsach wracałam do domu. Menu już wybrane. Teraz należało jeszcze tylko zadbać o estetyczny wystrój pokoju, a i oto, by przypadkiem częścią tego wystroju nie była moja Starsza Siostra. Musiałam się jej pozbyć na ten wieczór. Sami rozumiecie... Ale najpierw zakupy zrobić! Przecież banany nie rosną u mnie na parapecie! A może po drodze do fryzjera wpaść? W końcu estetyczny wystrój samej siebie to sprawa pierwszorzędna.

W gąszczu tych przyjemnych obowiązków, byłabym zapomniała dać Panu Zbyszkowi znać o dzisiejszej kolacji!
Czyżbym zapomniała o tym ważkim szczególe z premedytacją? Wiecie dziewczyny jak to jest, kiedy przychodzi Wam zaprosić Jego na spotkanie. Właśnie, tu nie chodzi o spotkanie. Toż to randka! Hmm... Niby zwykły sms, a tyle trudu w naciśnięciu klawisza "wyślij". No bo co będzie jeśli on pomyśli sobie, że jestem natrętna? Albo, co gorsza, że jestem zdesperowana... A jeśli w ogóle nie odpisze?!

Wreszcie postawiłam moją radość z planowanego wieczoru wyżej, niż moje paranoidalne i bezpodstawne lęki i nacisnęłam ten cholerny klawisz.

Jeśli banany w cieście są banałem, to sama już nie wiem, jak nazwać tekst sms-a, którego wysłałam Panu Zbyszkowi. Grunt, że się zgodził!!!

Zgodził się!!! Yeah! :-D 

Do godziny zero miałam jeszcze sporo czasu. A więc w kuchni obyło się bez stresu. Postawiłam na cienkie chrupiące ciasto drożdżowe kryjące w środku słodkie i aksamitnie miękkie banany skąpane uprzednio w soku z cytryny i syropie waniliowym. Acha, ciasto... Tak się rozmarzyłam obierając te banany, że zapomniałam o proporcjach... Kto by o nich pamiętał, szykując się do kolacji erotycznej. W każdym razie była szklanka mąki (orkiszowej wymieszanej z pszenną). Był też rozczyn drożdżowy z ćwiartki świeżych drożdży, mleka i miodu. Kardamon. Trochę anyżku. Wyrośnięte ciacho wałkujemy. Plackami obtaczamy banany.


I sos czekoladowy - roztopiona gęsta czekolada z skórką pomarańczową.

Niby takie prościutkie, a przez to wszystko czas skrócił się jak niektóre sweterki po praniu. Stresu nie było w kuchni, ale za to w łazience. Umiecie jednocześnie malować paznokcie, golić niektóre partie ciała i robić sobie pilling twarzy? Ja sądziłam, że potrafię. Teraz już wiem, że nie. I nigdy nie spróbuję siebie przekonywać, że jest odwrotnie... 

Zaplątane w szczotce włosy, niewyprasowana sukienka, krzywo narysowana kreska nad okiem... Byłam w naprawdę opłakanym stanie, gdy zegar wybił godzinę zero. Minutę później miałam opłakiwać kolację erotyczną.
Cholera. Cholera? To mało powiedziane.

O godzinie 20.00 zamiast Pana Zbyszka w własnej osobie, zawitał do mnie sms od niego. Uprzejmie mnie raczył poinformować, że na kolacji go nie będzie. Super, więcej bananów dla mnie... Prawdę powiedziawszy, straciłam ochotę na banany. Na cokolwiek.

Jak tu bowiem być głodnym, gdy się jest wściekle wściekłym?
Wystawił mnie do wiatru, żeby powiedzieć cenzuralnie. 

Coś mu ciekawszego wyskoczyło w planach? Może jakaś inna randka? Bo przecież nie uwierzę, że nagle rozbolał go ząb. Nie mogę go też tłumaczyć uczuleniem na banany, bo nie wiedział, że je przygotuję. Ba! W ogóle go nie zamierzam tłumaczyć. Świnia jest i tyle.

Idę płakać.

Nie.

Co ja się tak przejmuję? A będę się przejmować! Bo mi zależy na nim. A jemu najwidoczniej nie. Tylko chcę wiedzieć czemu? Nie pasuje mu mój kolor włosów?
Co jest ważniejsze dla niego ode mnie? Albo... kto?

Kto by pomyślał, że odrobina gorzkiej czekolady i drożdży wykorzystana do przyrządzenia erotycznej kolacji może zakończyć się niestrawnością z powodu  wyrośnięcia tylu gorzkich pytań i refleksji. Lajf...






 

10 komentarzy:

  1. Aurorko, ja bym zawsze przyszła. Wiem, czuję, że jestem odpowiednią osobą dla Ciebie - mało kto może dorównać w umiejętności doceniania ciasta, bananów i czekolady.
    Mam tylko jedną wadę.
    Jestem kobietą.
    Aczkolwiek w końcu nobody's perfect...
    Mocno Cię utulam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie przyszedł?! Pogardził bananami w cieście, w gęstej czekoladzie, sukienką, kreską nad okiem? Doprawdy niegodziwiec. Mnie od samego opisu przygotowania bananów zrobiło się gorąco ;).
    No nic. Cóż poradzić. Mnie by takie banany pocieszyły troszeczkę ;).

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie mogę tego czytać...
    Ja mam Żonę!

    ;-)

    pzdr

    OdpowiedzUsuń
  4. Normalnie jak w filmie o ufo...bo ja nie rozumiem facetów czasem. Dobrze, że na Venus jest tak słodko i bananowo, bo na Marsie to chyba tylko buraki;)
    Ech, niech żałuje ten Zbychu.

    OdpowiedzUsuń
  5. ooo!odpisałabym mu!oj skreślony by był już u mnie pan zbyszek (tak-celowo napisałam z małej litery;))
    erotyczna kolacja! zapisuję tego bloga!nie mogę się oprzeć!;)
    trzymaj się!
    pozdrawiam (i wybacz mi proszę tą bezpośredniość w pierwszym komentarzu..;))
    Just

    OdpowiedzUsuń
  6. Dziewczyny, dzięki za wsparcie! Faceci, może któryś z Was zabrałby głos w Waszym interesie? Bosy Antku, jak Ty wytłumaczyłbyś zachowanie Zbyszka?
    Owszem, Pan Zbyszek wyszedł raczej na buraka, niż banana.
    P.S. Rysunki made by genialna Markiza (mysiblog.blogspot.com)
    pozdrawiam bezpośrednio Just :))

    OdpowiedzUsuń
  7. jego strata! opuścić TAKĄ kolację!?! w ostatniej chwili i bez wyjaśnienia, oj pojechał buc po bandzie ;/
    p.s. niesamowicie stopniujesz napięcie :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Podobał mi się ten ustęp o holenderce, podobał mi się i już ;-)

    Twój blog, trochę, wyuzdany to może za duże słowo, ale naszpikowany erotyzmem, bawi mnie grafikami.

    A Pan Zbyszek.. Może nie je po 21:00 :D?

    OdpowiedzUsuń
  9. smutna historia ze Zbyszkiem w roli głównej. a może tylko w tle? ;)

    OdpowiedzUsuń

Smakowało?