sobota, 2 kwietnia 2011

Czy to jakiś żart?

Wyobraźcie sobie - budzę się dziś rano... albo nie, budzi mnie zapach świeżo parzonej kawy  z czekoladą oraz pocałunek Pana Zbyszka.

Prima Aprilis!

A naprawdę to było tak.
7.00. W moim telefonie odezwała się idiotyczna muzyczka, którą niegdyś sama mianowałam budzikiem. Powiedzieć, że jej nie lubię, to duży eufemizm. Zwłaszcza, gdy budzi mnie do pracy. Nic dziwnego, że musiałam poprawić sobie humor wymyślając z rana mało ambitne Prima Aprilisowe żarty, które tylko ja sama rozumiem. 
Zapowiadał się ciężki i dłuuugi dzień. 11 godzin pracy. Weekend wydawał się perspektywą dalszą, niż wspólna kolacja z Georgiem Clonney'em.
Tym bardziej nie rozumiałam dlaczego akurat w tym dniu figlarny los postanowił mi utrudnić życie. Nie żebym się nad sobą użalała. Sami jednak przyznajcie, że jest to nie fair, gdy macie 5 minut do wyjścia, a tu nagle okazuje się, że w szufladzie z majtkami świeci pustkami. Dobra, dobra. Były trzy pary. Ale same stringi... Gdybym tak była panią sekretarką w wysokim biurowcu, to czemu nie? Miałam jednakże śmigać na rowerze przez całe miasto. No way!
Wyobraziłam sobie, co na moim miejscu zrobiłby James Bond w spódnicy. I wymyśliłam. Tym oto sposobem zajrzałam do szuflady Starszej Siostry. Pech, albo raczej gust mojej Siostry, chciał, że cała była zapchana koronkową bielizną, którą założyłabym na Bal Magisterski, Wieczór Panieński albo na Randkę z Misją Specjalną. Dziś musiałam założyć ją na rower. Z pięciu minut zrobiły się trzy. A tu trzeba było jeszcze coś przekąsić. Czy to znikanie artykułów niezbędnych jest zaraźliwe? Skłonna byłam uwierzyć, że tak, bo moja lodówka świeciła (dosłownie!) podobnymi pustkami, co szuflada. 
Z trzech minut zrobiła się minuta...
Naprędce włożyłam do ust łyżkę masła orzechowego, obiecując sobie, że gdy tylko wrócę, rozpieszczę siebie jakąś kulinarną ucztą.

Nic tak nie ułatwia przetrwania 11 godzin pracy, jak wizja błogiego wieczoru w towarzystwie  butelki wina, świec, tarty rybnej, dobrej muzyki (co powiecie na przykład takiego akustycznego Stinga?) oraz masażu. A byłabym zapomniała o fajowym facecie. A imię jego... Pan Zbyszek.

Obojętnie zatem czy by było 11 godzin, czy też 11 i pół, minęło całkiem szybko, jak na tak nieznośną liczbę. Było mi tylko szkoda, że pierwszy raz od wielu wielu lat, nie zrobiłam nikogo w balona. Ba! Nawet mnie nikt nie zrobił...
O, jakże miałam gorzko żałować tego, co pomyślałam...

Wielki Żart


tak nazwałabym tą część dnia, która nastąpiła, gdy dopełniłam dnia pracy.

Otóż, gdy wracając z pracy, przeklinałam boleśnie wrzynające się do co bardziej krągłych części mojego ciała majtki zapożyczone od Starszej Siostry, zadzwoniła Dawno Niewidziana Znajoma. Dzwoniła, by zapytać, czy może u mnie nocować. Wspaniale - pomyślałam - co trzy dziewczyny w łóżku, to nie dwie (dla nie wtajemniczonych, obecnie jestem na takim etapie/ rozdrożu życiowym, podczas którego zmuszona jestem dzielić łóżko z Starszą Siostrą. Odgrażam się, iż dawno skończyłam etap szkoły podstawowej, a nawet tej wyższej). 
Choć moje marzenia nie bardzo pokrywały się z marzeniami mojej Znajomej, zgodziłam się ją przygarnąć. A nóż, kiedyś i mnie spotka nocna włóczęga bez kąta do spania!
O, jak bliska byłam w tych litościwych rozważaniach temu, co miało mnie spotkać jeszcze tej samej nocy! 
Ale nie wyprzedzajmy faktów!

Gdy tylko zziajana dotarłam do mieszkania i zaczęłam napuszczać wody do wanny, mój telefon odezwał się po raz wtóry. Zakręciłam kurek. Odłożyłam pachnidła na bok. Nie miało też większego sensu golenie nóg oraz innych części ciała. 
Okazało się, że mój dzień pracy jeszcze się nie skończył. Byłam wzywana na nocny posterunek. 
Jestem Nianią po godzinach. 
Jestem przygotowana na takie sytuacje o każdej porze dnia i nocy. Niby akuszerka rodziny królewskiej w oczekiwaniu na poród następcy tronu.
Nie powiem, że zawsze jest to chciany zaszczyt. 

Nim zdążyłam pogodzić się z tym, że moje marzenia bezpowrotnie odchodzą w krainę niebytu,  już usypiałam pociechy do snu. Na szczęście jestem wprawiona. "Brzydkie kaczątko" i po sprawie. Mogę swobodnie zasiąść przed moim laptopem. Figlarny los chciał, bym zapomniała o czymś takim, jak wtyczka z internetem. Jedna zapomniana wtyczka z internetem tragedii greckiej nie czyni. Co innego, coś tak nieodzownego jak klucze do mieszkania oraz telefon. W takim wypadku można mieć niemały problem z tym jak  tu się , cholera jasna, dostać do własnego mieszkania. Może to stanowić nawet duży problem. W każdym razie bardzo duże to musi mieć poczucie humoru figlarny los, który postawił mnie dokładnie w takiej sytuacji.


Była późna noc, gdy wracając z nocnego posterunku zorientowałam się, że nie mam ani mojej prawej ręki (klucze) ani też lewej (telefon). I co tu robić? Zamiast płakać nad rozlanym mlekiem, weszłam do nocnego spożywczaka. Pan Sprzedawca zerkał na mnie bardzo podejrzliwie, gdy o 1.30 w nocy, poprosiłam go o dwa ciepłe lody, gumę do żucia w kształcie papierosa oraz lizaka malinowego. Nie pytajcie mnie skąd taki zestaw. Przecież Prima Aprilis już dawno minął.
Próbuję sobie tłumaczyć, że te moje zakupy, to zwyczajny brak cukru w krwi. W każdym razie, gdy tylko włożyłam lizaka do ust, pojawiła się myśl! Stwierdziłam, że bez problemu znajdę moją Starszą Siostrę w któryś z naszych ulubionych pubów. Myśl może olśniewająca i błyskotliwa, niczym James Bond w spódnicy, ale nieskuteczna. Po siostrze ani śladu. Żadnej znajomej twarzy. Idąc dalej tropem jej ulubionych miejsc, podążyłam na drugi koniec miasta, do domu jej chłopaka. Ale i tam jej nie było. Był tylko jeden, nagi (!) nieco spłoszony (!!) Anglik (czyli facet mojej Starszej Siostry), który zaoferował mi telefon. O - odetchnęłam z ulgą - to już coś.
I tak zbliżamy się do finału tej historii. Nie trzymam Was dłużej w niepewności. Trafiłam bezpiecznie do domu. Co prawda nie było już dla mnie miejsca w łóżku, ale podłogi kawałek się znalazł. Po takim dniu i podłoga wydawała się rąbkiem nieba. Padłam jak długa, ciesząc się, że ten dziwny dzień właśnie się skończył. Najśmieszniejsze w tym wszystkim, co Wam opowiedziałam jest to, że wszystko wydarzyło się naprawdę. Czemu akurat mi? Czemu akurat w tym dniu?
 
Nie wiem. 
W każdym razie, strzeżcie się dnia 1. kwietnia. Największy dowcipniś jakiego znam, Los, z przyjemnością płata figle tym, którzy w tym dniu nie robią  żadnego psikusa innym.



6 komentarzy:

  1. Zgadzam się w stu procentach !!! Prima Aprilis to jeden z najgorszych dni w roku. Dobrze, że chociaż się skończył.

    OdpowiedzUsuń
  2. ale przynajmniej masz co wspominać i na blogu ciekawą historię stworzyłaś ;) ja przeleżałam cały dzień w domu i nawet życie mi psikusa nie zrobiło..a 1 kwietnia wszyscy powinni robić sobie żarty! ;D Z lepszych dowcipów, to kolega 2 lata temu w firmie poprzestawiał całą centralkę telefoniczną i wszystkie numery wewnętrzne były przemieszane..oj zamieszanie nieziemskie, a i śmiech co niemiara ;)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie napisałaś jeszcze żadnej książki? Bo z chęcią bym przeczytała:P

    OdpowiedzUsuń
  4. @Auroro - cudny ten kawałek.:)
    Czy ja już pisałam, że Cie uwielbiam?

    No i ja to nikt Cię nie nabrał, a ja???

    OdpowiedzUsuń
  5. dzięki Lekka :* i faktycznie, wpadłam przez Twoj wpis jak śliwka w kompot ;-P

    OdpowiedzUsuń
  6. Pierwszy raz jestem u Ciebie i na 100% nie ostatni. Bardzo fajny blog :) pozdrawiam cieplutko i słonecznie :)

    OdpowiedzUsuń

Smakowało?