sobota, 26 marca 2011

Związki wybuchowe

Gdy byłam dzieckiem... no dobra, nie przesadzajmy, gdy byłam nastolatką, największe przerażenie budziły we mnie nie wybuchające na mojej twarzy małe wulkany, zwane pryszczami, a przedmioty ścisłe. Wśród nich takie perełki jak matematyka, fizyka, w-f. Okej, może ten ostatni to trochę z innej bajki, ale pani z w-f ściśle przestrzegała tego, by każdy skakał przez kozła tak, jakby był do tego urodzony. Ja n i e byłam, tak bardzo jak to tylko możliwe. 
W niemałe zakłopotanie (z powodu braku wiedzy i kompetencji) wprawiał mnie też przedmiot zwany chemią. Mogłam jakoś wytłumaczyć sobie sens rycia na pamięć tabliczki mnożenia. Ale tablica Mendelejewa? Nigdy nie byłam masochistką. Tak więc, zerkałam na ową tablicę jedynie jednym pół przymkniętym okiem. I zbierałam kolejne mało zachęcające stopnie, gdy Pani nauczycielka próbowała wyciągnąć z głębin mojej pamięci, co to takiego Au tudzież Mg.

Być może Tablica Mendelejewa nie pojawia się już w moich sennych koszmarach, ale nadal mnie straszy. Głównie, gdy przechadzając się po supermarkecie, decyduję się poczytać etykiety niektórych produktów "spożywczych". Trudno je rzeczywiście nazwać spożywczymi, tak bardzo roi się w nich od chemicznych związków. "E- ileś- tam" idzie w parze z glutaminianem sodu. To raczej toksyczny związek.
Nie lubiłam chemii w liceum, ale jeszcze bardziej jej nie znoszę w żywności. Fuj!

Tymczasem, w zupełnie innej przestrzeni życiowej, zwanej życiem uczuciowym, za nią autentycznie przepadam. Uważam, iż w związkach, w przeciwieństwie do jedzenia, im więcej chemii, tym lepiej! Ba! Chemia jest nieodzowna! Chyba, że ktoś przepada za modelem miłości rodem z "Lalki" Bolesława Prusa, gdzie całość akcji streszczała się do zdroworozsądkowych kalkulacji. Jak już wcześnie wspominałam, od matematycznych kalkulacji i obliczeń, wolę naturalny i spontaniczny rozwój wydarzeń. 
No bo skoro nawet ptaki, a ponoć i insekty wypracowały coś, co się zwie "rytuałem" albo jeszcze ładniej "tańcem godowym", to niby czemu człowiek miałby siebie pozbawiać przyjemności uwodzenia?
Bo przecież nikt mi nie wmówi, że te wszystkie
ukradkowe spojrzenia,
                                     rozchylanie warg, 
muskanie opuszkami palców brzegu kieliszka, 
                                                                             okręcanie włosów wokół palca, 
                                                                                       opadające ramiączko biustonosza nie poprawiają humoru zarówno jednemu jak i drugiemu uczestnikowi zabawy, zwanej flirtem. 
Można jednak nie wiem jak się starać, wydłużać i pogrubiać rzęsy i trzepotać nimi, a nawet na nich stawać, jednak gdy brak tego czegoś, nic tu po drogiej maskarze prosto z Londynu. 
To coś, czyli co?
A no, chemia. Jak to z chemią bywa, trudno to wytłumaczyć... Nie będę trudziła się nad szkicowaniem wykresów. Zilustruję Wam za to związek mojej Starszej Siostry. Ostrzegam, będą leciały iskry! 
Poznali się jakiś rok temu. On zdeklarowany singiel. Ona jeszcze bardziej zdeklarowana singielka. Od razu poczuli do siebie miętę. Nie chcę nazywać tego miłością od pierwszego wejrzenia, bo gdyby któreś z nich kiedyś poczytało mojego bloga, musiałby on na wieki wieków pożegnać się z swoim istnieniem (albo jego autorka). W każdym razie, dziś są całkiem nie umiejącą bez siebie żyć parą. Wystarczający dowód na istnienie czegoś takiego, jak chemia. związkowa. Bo jak inaczej wytłumaczyć, że dwoje młodych ludzi kochających imprezy, romanse przelotne jak wiosenny deszcz, nagle całkowicie zmienia punkt widzenia. I swój status (niekoniecznie ten na facebooku). 
Może to bardziej z fizyki, niż chemii, ale przyciągają się jak dwa magnesy o przeciwnych wartościach. W każdym razie chodzi o fizykę ciał. Ale i nie tylko. 

I jak to się wszystko ma do tego, że tych dwoje kłóci się z sobą częściej, niż wyznaje uczucie? Mało tego, robią sobie prawdziwe awantury, takie, co to by mogły posłużyć za klasyczny numer z "Mody na sukces". Robią to przy znajomych, na imprezie, przez facebooka i telefon. Do wyboru, do koloru.
Gdy moja Siostra słucha (i co gorsza - śpiewa!!!) we dnie i w nocy "Nothing compares to you" Sinead O'Connor, wiem jedno - jest między nimi źli. Gdy w środku nocy budzi mnie i w pełnym makijażu, błagając, bym poszła z nią do klubu, w którym on akurat się bawi, wiem, że burzowe chmury ustąpiły.
Jednym słowem - stanowią naprawdę wybuchową parę!


Ale tak to jest, gdy między ludźmi jest... chemia!
Czasem układa się wszystko ładnie jak w tablicy Mendelejewa. Tyle tylko, że wtedy, rzecz jasna, jest potworna nuda ... ... ...
A jak poleci trochę dymu i iskier, to od razu wiadomo - mamy do czynienia z chemią przez duże "Ch". Aż miło popatrzeć!
Dlatego, jakkolwiek czasem uszy mi puchną od wysłuchiwania epitetów, jakimi moja Starsza Siostra określa swojego faceta, utrzymuję, że ich związek jest prawie idealny. Bynajmniej zaś  jest to związek z przyszłością. I życzę każdemu znalezienia takiego partnera, z którym będzie go łączyła tak szeroka gama uczuć (nie tylko tych o smaku malinowym), jak liczne są pierwiastki na tablicy Mendelejewa.

Wobec powyższego, nie pozostaje mi nic innego jak tylko czekać, aż wybuchnie pierwsza sprzeczka miedzy mną a Panem Zbyszkiem.

A w związku z nadużyciem wstrętnego określenia "Tablica Mendelejewa" (nadal  skutecznie przywołującego traumę czasów nastoletnich) muszę zjeść nie tabliczkę, a wręcz TABLICĘ czekolady ;-)

10 komentarzy:

  1. Masz Ty łeb, Kobieto, do pisania!
    Super, super i jeszcze raz super!:)

    OdpowiedzUsuń
  2. odnośnie tej uczuciowej chemii , u mnie nastąpiła znaczna redukcja mikroelementów , żeby nie pokusić się o stwierdzenie całkowita minimalizacja . pozostały jedynie toksyny po minionych związkach ,opartych na reakcjach chemicznych :/

    OdpowiedzUsuń
  3. To ja moze wypowiem sie tym razem na temat chemii.Pomimo, ze gdzies w okolicach czerwca bede juz Pania inzynier chemii pelna geba to potem...nie chce miec juz z nia nic wspolnego:P Cale szczescie, ze juz tak nieduzo zostalo do konca:)Nie ma to jak w polowie studiow stwierdzic , ze to jednak nie to:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Niechęć do przedmiotów matematycznych podzielam (z wszystkich miałam poprawki w licem) ale do tablicy Mendelejewa już nie. To była jedyna rzecz z chemii, której nauczyłam się z przyjemnością i na całe życie. (bo nie wymagała wysiłku umysłowego tylko godzinki ćwiczeń pamięciowych). A uczyłam się jak zwykle na zasadzie skojarzeń - Azot - Nazot, Ag - AGnieszka srebro nosi, Gal - GAL Anonim, Platyna - jak PTaszyna, Glin - Andrzej Lenard (kolega z klasy), Żelazo - Fe ohyda!, Miedz - CUż mi tam śniedż - i tak dalej...głupie ale do tej pory tak się uczę. :)
    U mnie to nie były jedynie iskry tylko od razu poszła fala uderzeniowa - podarte firanki, wyrwana futryna, nóż wbity w podłogę, spalone książki, obcięte włosie na pędzlach, połamany parasol..itp. itd. Cóż, dzielenie przestrzeni z drugim pierwiastkiem wymaga ofiar. :)))

    OdpowiedzUsuń
  5. Wpadłam, poczytałam i ....podobało mi się :)...a jak...nie wstydzę się do tego przyznać ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Musi iskrzyć, mówię Wam ( 25 lat doświadczenia w związku, w dodatku małżeńskim, w dodatku z tym samym facetem ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Witaj, zachęciłaś mnie do swojego bloga wcale nie czekoladą, którą wprawdzie uwielbiam (gorzką lub toblerone), tylko tym, jak piszesz :)
    A co do związków wybuchowych - ja się już w życiu wykłóciłam i wolę mój spokojniejszy związek, co wcale nie znaczy nudy!
    Kłótnie może mogą scalać bardzo młodych ludzi, ale oni mają jeszcze mnóstwo energii do przetracenia, a mnie się już znudziło kłócić :))
    Ale też znam taki wieloletni związek, jak opisujesz. Kłócili się przez ... 9 lat! Potem wzięli ślub i są już chyba prawie 20 lat po ślubie i całkiem dobrze się nadal rozumieją i kochają :)))

    p.s. mam do Ciebie moją standardową prośbę - usuń proszę tę weryfikację obrazkową, bo to strasznie wkurzające podczas komentowania! :)

    OdpowiedzUsuń
  8. hej hej hello :) Jesli dobrze trafilam to odpowiadam ze szczesliwa :) I jesli dobrze trafilam to jecsze dopowiem ze jakeis pol godziny temu zagladnelam przyapdkeim na tego bloga ;p;p;p
    a jesli zle trafilam to powiem ze nie cierpie chemii( oczywiscie tej w skzole) ;p i doslwonei prawie sie rozplakalam jak zobaczylam ze na moim kierunku informatyka z technika) na studiach bede miec chemie!
    a co do chemi i wybuchow zwiazkowych to ja jestem materialym nie wybuchowym i nawet nei iskrzacym... o takm tytanem moge byc ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. myślę, że z tymi kłótniami to jest tak jak z dodawaniem pieprzu do rosołu. Odrobina nadaje smak, ale ciut za dużo, a nikt go nie tknie

    OdpowiedzUsuń
  10. Mimo mojej miłości do chemii w związku i nie tylko :) muszę przyznać rację Adze - co za dużo to niezdrowo. I choć godzenie się bardzo miłe to zawsze pozostaje gdzieś z tyłu głowy żal do drugiej osoby i prędzej, czy później doprowadza to do ostatecznego, niekontrolowanego wybuchu ...

    OdpowiedzUsuń

Smakowało?