czwartek, 24 marca 2011

W marcu jak w garncu

Czy stęskniliście się już za Panem Zbyszkiem, moi drodzy Czytelnicy?
Jeśli tak, to znakomicie, bo właśnie o nim zamierzam dzisiaj napisać.
Zacznijmy od tego, że już za nim nie tęsknię. Dlaczego? Jakiś tajemny eliksir od-kochania?
Pudło!
Po prostu widzę się z nim niemal codziennie... :-D

Jak to?! - zapytacie - przecież, jeszcze nie tak dawno wyłam jak ten dziki kojot z tęsknoty za nim. A jego - ani widu, ani słychu. Jedno wielkie nic.
A teraz? Teraz, moi drodzy, toż to czyste "M jak miłość". Nie martwcie się, nie zemdlę Was opisami romantycznych kolacji, podczas, których On daje mi do skosztowania truskawki tylko po to, by zaraz za nią mogłabym skosztować jego ust. I pozwolić, by on skosztował moich smakołyków. Mniam. Apetyczna to wizja. Nie mniej, nie jestem wizjonerką. Na tym blogu znajdziecie tylko fakty. Nagie fakty.

Zacznijmy od faktu podstawowego. Mój sąsiad, Pan Zbyszek spod 13, to facet, o którym marzy każda mieszkanka tej dzielnicy w wieku od lat 8 do 80. Wśród tego grona jestem i ja. Cóż  z tego, kiedy on wydaje się nieosiągalny, jak kupno suszonego mango w sklepie osiedlowym. Co prawda, skradłam mu jednego całusa, ale co z tego? Z resztą, to tylko rozbudziło mój apetyt.

A jeśli już o sklepie osiedlowym mowa, to był on tym kociołkiem, w którym znowu między mną a Panem Zbyszkiem zawrzało. Widać, przysłowie się sprawdza. Jak w marcu, tak w garncu, oczywiście jeśli życie uczuciowe przyrównywać do garnka ;-) Raz jest pusto i nic w nim nie bulgocze. A raz... uff, jak gorąco! Czy to już chilli con carne?
Zaczęło się nie od czego innego, jak od papryczek chilli, w rzeczy samej. To ich szukałam tamtego wieczoru. Wieczoru?! Była późna noc. Ale jakoś nie mogłam spać. Jako dobranockę wybrałam film "Soul kitchen". O ja nieszczęsna! Tak pobudził moja kulinarną fantazję, że zamiast w ramiona Morfeusza, trafiłam wprost do Cytruska. Cytrusek to jeden z tych sklepów, gdzie można kupić kilo kiełbachy o każdej porze dnia i nocy. A i wódeczkę również. Co innego chilli. Czyżby w moim garnku miało pozostać zimno i pusto? Mój żołądek nie łatwo daje za wygraną.
Jeśli nie ostra potrawka z papryczkami, to może, przepuść mi Panie, kanapka z pasztetem i kwaszeniakiem? Z naburmuszoną miną dziecka, któremu mama kupiła bułkę z rodzynkami zamiast ptysia, ruszyłam, by poprosić o wybrane (no bo nie wymarzone) produkty, kiedy ktoś bezczelnie wepchnął mi się do kolejki.
Ktoś?
Pan Zbyszek! 

O nieeeeeeeeeeeee !!! - wpadłam w natychmiastowy atak paniki, a licznik mojego serca wskazywał czerwoną kreskę. 

Ja + pasztet + potargane włosy zwinięte tak, że wyglądały jak wyleniały kot = Gorzej być nie mogło. Mogło - miałam na sobie rozciągnięty dres. Przecież to nie tak.. To jakaś pomyłka, przecież to nie ta laska, co ma wyrwać Pana Zbyszka... 
Ech, to jednak ta sama... 
Tak, to ja. 
Pan Zbyszek mnie poznał. 
Miałam tylko wielką nadzieję, że nie zobaczył rozmazanego tuszu pod oczami. Całkiem możliwe, bo uciekłam stamtąd, niby złodziej nocną porą. 
Nie kupiłam nic. 

Nie wiem, co spowodowało, że po tamtym wydarzeniu Pan Zbyszek zawitał do mnie. I to jeszcze tej samej nocy. Może była pełnia? A jak wiadomo w czasie pełni dziwne rzeczy mają miejsce. A może mu się zrobiło żal biednej sąsiadki, co to głodna po nocy chodzi? Nie odpowiem Wam na to pytanie. Wszak mam się za eksperta od kulinariów, nie męskich motywacji.


Co robiliśmy tamtej nocy, gdy mnie odwiedził? Jak to, co? 
G o t o w a l i ś m y !!! 
Okazało się, że Pan Zbyszek również wyszedł z Cytruska z pustymi rękoma. Nie mieliśmy nic do gotowania, ale też i nic do stracenia. Postawiliśmy więc na radosną i spontaniczną twórczość. Na moich półkach znaleźliśmy paczkę wiórków kokosowych oraz mleko w proszku. Wonderful! 
Całe szczęście, że po moich ostatnich wybrykach z jajkami zostało ich jeszcze kilka. 
Były też pikle oraz przecier pomidorowy.
Mając tak bogaty asortyment, uszczupliliśmy go jeszcze bardziej, rezygnując z dwóch ostatnich pozycji. 

Oto, co powstało:






Pyszne kokosanki z nutą cytrynową. 

Przepis? Zmieszałam wiórki z suchym mlekiem i łyżeczką proszku do pieczenia. Pan Zbyszek wrzucił dwa jaja. Po stwierdzeniu, że konsystencja jest zbyt zbita i twarda, komisyjnie stwierdziliśmy, że dobrze tej miksturze zrobi serek i woda. Dodaliśmy więc po dwie łyżki obu. 
Tak powstała masa nadal jest dość zbita. Ale nie martwcie się, po upieczeniu ciastka są puszyste i miękkie. Tym bardzie po dodaniu polewy cytrynowej. Polewa powstała, ponieważ oboje z Panem Zbyszkiem lubimy słodkości z nutą czegoś kwaśnego. Sok z połówki cytryny mieszamy z otartą zeń skórką (tzw. zest, jeśli dobrze pamiętam z angielskiego) i trzema łyżkami cukru pudru. Nanieść na ciasteczka. Jeść do woli! 
Kokosanki wyglądają trochę jak śnieżynki. Nie daliśmy więc pozostać na talerzu ani jednej. Dość mamy śniegu. 


Eksperyment się udał. Nic dziwnego, że od tamtych ciastek widzimy się z Panem Zbyszkiem niemal codziennie.
Iiii.. gotujemy! Raz u niego, raz u mnie.



Uczymy się od siebie (nowych przepisów) i siebie. I swoich ciał. Bo tu kapnie mi coś pysznego na nadgarstek, a to jemu zostanie kawałeczek dobroci na łokciu, a to mi z kolei coś na policzku, a to jemu na nosie... I nic tak nie budzi zmysłów, jak wspólne wylizywanie z garnka. 

Gdy już tak wszystko, co słodkie zostanie wylizane, to pozostaje... no właśnie, co? A może on jest jak wszyscy inni? Na początku słodko, miło, ładnie i powabnie, a za tydzień lub dwa ... pozostanie ból brzucha, jak to po przejedzeniu się cukrem.

Na razie mój garnek jest pełny dobroci i wesoło w nim się gotuje. I niech tak, na przekór marcowemu przysłowiu oraz  mym obawom, pozostanie.

12 komentarzy:

  1. Ja to bym bardzo chciała, żeby to była Very True Story, bo takie lubię najbardziej...
    Ach
    :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Zbyszek - cóż za imię -jakby róża przez otwarte wpadła okno :D od pół wieku mam słabość do tego imienia. ostatnio trochę zawiodłam się , ale słabość pozostała :D
    "dogrzebuję się" do początków waszej znajomości ,z wypiekami na polikach :D czekam na rozwój akcji :P

    OdpowiedzUsuń
  3. Cóż za napięcie! Czytałam z rozdziawioną gębą, co za historia! Aż się gotowałam nim dotarłam do końca. A te ciastka to jakaś piekielna sprawa. Rany muszę teraz zacząć czytać od początku. Co za historia! ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Słodkie kokosanki są dobre na wszystko. I zimą do kakao i wiosną na deszcz i w lecie z lodami. Tak, z lodami!

    OdpowiedzUsuń
  5. Historia Zbyszka zaczyna się postem o bardzo wymownym tytule - Pan Zbyszek spod 13. :))

    OdpowiedzUsuń
  6. czyli nastąpiła obopólna degustacja i akceptacja ?
    ilustracje to twoje dzieło ?

    OdpowiedzUsuń
  7. ilustruje mnie moja prywatne graficzka Markiza, polcam podglądnięcie jej dzieł na www.agaurbanek.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  8. Co za historia. Jej czytanie sprawiło mi wielką przyjemność. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  9. Bardzo mi sie podoba twoje pisanie :) Czytalam, az 'dech mi sie zaparł', wlaszcza o tym wylizywaniu, probowaniu, smakowaniu z roznych cesci ciala :) Ilustracje tez super. Zaraz zajrze na strone twojej kolezanki :)

    OdpowiedzUsuń
  10. świetne te Twoje kokosanki:) też muszę je w końcu zrobić:) pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  11. u koleżanki Agi - ilustratorki ,zaintrygował mnie tragiczny los kury. styl i wykonanie ilustracji wskazuje na fachowca w tej dziedzinie? ja jako lejek :D w zaprezentowanej technice ilustracji, rządna jestem poznania jej tajników :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Żądna od pożądania ,a nie od rządu :D pragnę donieść nie cierpię na dysortografię ( ?? ) ale czasami mam takie skojarzeniowo - rozkojarzeniowe zajawki , podobnie, jak program sprawdzania pisowni.

    OdpowiedzUsuń

Smakowało?