wtorek, 29 marca 2011

Pociąg do...

Gdy ktoś budzi Cię w niedzielę o 6.15, to jest to raczej mało zabawne. Pójdźmy dalej. Gdy ktoś budzi cię w niedzielę o 6.15 i żąda, byś opuścił natychmiast łóżko to w ogóle przestaje być śmieszne. Najstraszniejszy zaś w tym wszystkim jest fakt, że ten ktoś wcale nie robi ci na złość. Ba, działa dla twojego własnego dobra.
Ten surrealistyczny horror zdarzył się wczoraj o świcie.
O owej bardzo bezbożnej porze do mojego pokoju wkroczyła Starsza Siostra z swym lubym u boku. Grzecznie poprosili, bym się ubrała i wyszła. Zapewnili nawet, że zrobią mi kanapki na drogę. O dziwo, zatańczyłam, jak mi zagrali. Litościwy siostrzany gest wobec zakochanych, którym do szczęścia brak tylko wolnego pokoju (nawet nie koniecznie łóżka)? Nie!
Rower!


 Dobra,  koniec z tym surrealizmem.
W każdym razie, trzeba nam zacząć od rowera właśnie. W związku z tym, popedałujmy wstecz. O jakieś trzy tygodnie. Różowa Strzała (stara holenderka, na której przemierzałam moje miasto wzdłuż i wszerz) znikła. Na zawsze. Kłódka, (a mówiąc szczerze, atrapa)  którą była przypięta nie powstrzymała rzezimieszka, który pozbawił mnie mojego różowego skarbu.
Próbowałam żyć bez rowera. Ale to chyba gorsze od bycia na diecie i obywaniu się bez czekolady.
Dlatego bardzo (naprawdę!) spodobał mi się pomysł niedzielnej pobudki o 6.15. Tylko dlatego, że celem był rower. A że tak wcześnie? Każde łowy - czy to te na trufle, czy też te na lisa - zaczynają się o świcie. Również te na giełdzie (samochodowej, ma się rozumieć) wrocławskiej.
Tajną bronią używaną podczas moich łowów był pociąg oraz dwieście złotych w kieszeni. 
A propos pociągu, to miał ze mną jechać 
mój pociągający sąsiad, Pan Zbyszek. Ta myśl działa na mnie bardziej pobudzająco niż łyk porannego expresso. 

Tak naładowana pozytywną energią stałam i czekałam z rozładowującym się telefonem na stacji kolejowej. Gdy wtem nadjechał pociąg. Zdziwiłam się co nie miara. Dlaczego? Bo był na czas (jak często zdarza się taki cud Polskiej Kolei?). A Pan Zbyszek nie. Pana Zbyszka nie było w ogóle.
Hmm....Albo raczej Grrr !!!

Ale, że jak?
Zaspał? Zmienił plany? Nie dane mi było poznać odpowiedzi, bo komórka padła na dobre... 


Wobec powyższego moje łowy straciły sens. "Jak ja sama trafię na tą cholerną giełdę? "- zastanawiałam się. Odpowiedź była prosta - "Nie trafię"! 
To jednak nie zmieniało faktu, że miałam już kupiony bilet. A moja noga energicznie powędrowała wgłąb pociągu.



Może łowy nie były mi pisane tamtej niedzieli? Nie do końca. Zostały jedynie zdegradowane do spaceru wśród gąszczu sklepów w galeriach handlowych. Jako rasowa łowczyni cenowych okazji z wielką chętką przystałam na taką zmianę planów. Tak się jednak składa, że łowy ciuchowe to jeden spośród dwóch wyjątków, jeśli chodzi o porę ich rozpoczęcia. Polowanie w dżungli sklepowej zaczyna się zwykle popołudniem, w drugim  zaś wyjątkowym przypadku - polowaniu na facetów - to pora nocna.

Tak więc znalazłam się we Wrocławiu. Sama. Nic nowego. Urozmaiceniem była  reklamówka wypchana kanapkami. Brakowało tylko termosa z herbatą i jajek ugotowanych na twardo.
Było mi też cholernie zimno. Powodem tego nie było zbyt lekkie odzienie, a Pan Zbyszek.
Gdyby tu był ze mną, mógłby mnie przytulić i ogrzać. Ale go nie było. Jak on mógł mi to zrobić?



Miast tracić nerwy na Pana Zbyszka, postanowiłam zwiedzić miasto. Doszłam do rynku. I doszło do mnie, że jeśli chodzi o Wrocław to jestem zupełnie zielona... I do tego ten nikły zmysł orientacji... Całe szczęście, że mój niezawodny nos wywęszył miejsce, z którego dochodził smakowity zapach. Tak trafiłam do Green Way'a, gdzie zjadłam pyszną Zupę Zieloną.
Taaa... Tyle, że to było dopiero popołudniem.

Parę wcześniejszych godzin spędziłam na kręceniu się w kółko po rynku, który wprawdzie jest ładny, a nawet piękny, traci jednak wiele, gdy osoba po nim krążąca jest myślami zupełnie gdzie indziej, a konkretnie na przeciw Pana Zbyszka. Głupio mi, ale ja naprawdę wymyślałam tekst, który mu rzucę, by sobie uświadomił jak wielki błąd popełnił, nie wstając dziś rano o 6.15. 

Być może kawaler miał szczęście, że w końcu nie dotarł do tego Wrocławia, bo moja złość była naprawdę pokaźnych rozmiarów. I szukała tylko sposobności, by ze mnie ujść.
I uszła. Nie tak jak planowałam, a tak szybko i żałośnie jak uchodzi powietrze z pękniętego balona. No bo jak tu się złościć, gdy po załadowaniu telefonu, odkryłam w mojej skrzynce tysiące nieodebranych telefonów oraz stosy nieodczytanych wiadomości.
Cóż, Pan Zbyszek zachował się jak prawdziwy facet. Z resztą to jemu oddam teraz głos.

Zabij mnie. 
Powieś, obetnij wszystkie członki i wrzuć do rynsztoku na pożarcie szczurom 
a resztę spal!
Wyślę Ci mmsem zdjęcia rowerków. 
Tylko, proszę, załącz telefon i daj proszę znać, czy żyjesz!

Prawda, że prawie jak Szekspir? :-)

Tyle, że po jego przeczytaniu, uśmiałam się jak podczas oglądania kabaretu Mumio.

I po co mi była ta złość? I po co?

A po coś była. Tak jak i to, że Pan Zbyszek nie wsiadł do pociągu. On był gdzieś tam, a ja tu. A pomiędzy nami dystans iluś-tam-set kilometrów.
D     y     s     t     a     n     s.
Potrzebny nie zawsze, ale od święta. Z dystansu lepiej widać.
Tak, na przykład, ja zauważyłam, że... chyba mi zaczyna na Panu Zbyszku zależeć. 
W końcu nie wstaje się o 6.15 dla byle roweru... 

A i jeszcze jeden plus tego, że Pan Zbyszek nie wsiadł ze mną do pociągu.
W ramach przeprosin obiecał mi butelkę wina. A wiemy, z czym to się je (albo raczej pije...).






11 komentarzy:

  1. Po takim esemesie (też się uśmiałam, jak dzika) wybaczyłabym Panu Zbyszkowi i bez butelki wina;) Choć z drugiej strony...

    OdpowiedzUsuń
  2. No dobra! Ja zostaję :)A już myślałam, ze to zmiana czasu była i Zbyszek zapomniał :)

    OdpowiedzUsuń
  3. było tak kameralnie i miło, ale tylko odkryłam czekoladowe smaki, a tu za mną tłumy innych czekoladożerców nadciągnęły i to już jest masówka:/
    cóż trzeba podzielić się z innymi :)
    może to wina migreny , która dręczy mnie od 3 dni i nie lubi tłumów ;/

    OdpowiedzUsuń
  4. Droga Di, tak to jest z czekoladą, że jej smak przyciągnie niemal Każdego ;-) nic na to nie poradzę. Za to na migrenę radzę szybki energiczny bieg przez 15 min.(wiem, wiem, brzmi jak szaleństwo, ale na sobie przetestowałam i pomaga)

    OdpowiedzUsuń
  5. Moja Droga, czy Ty to rysowałaś?
    Lubię takie formy..

    OdpowiedzUsuń
  6. haaa :) bieg 15 min. może parę lat temu , ale dzisiaj taki bieg , to moje zejście z tego świata i jedyne pocieszenie...migreny również :D

    OdpowiedzUsuń
  7. No taaki SMS stopił by moje serce na klarowane masło...:)

    OdpowiedzUsuń
  8. A ja z innej beczki, bo muszę, po prostu muszę to napisać: strasznie mi się Wrocław podoba;))))

    OdpowiedzUsuń
  9. Wszystkie grafiki widniejące na tym blogu wykonuje moja wspaniała pomocniczka (która, w przeciwieństwie do mnie, ma talent w łapce) Markiza, odsyłam do jej bloga http://www.agaurbanek.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  10. Z uwagi na kiepskie akcje w życiu związane z czytaniem mojego bloga przez osoby niekoniecznie mi zyczliwe, proszę Cię o to, by zechciał/a dołączyć do prywatnego obserwowania mojej Maszyny do pisania.

    mój mail: oslo.francja@gmail.com

    gdy otrzymam od Ciebie maila, dodam Cie do stałych czytelników.

    Zrozumiem, jeśli nie będzie Ci się chciało...

    pzdr

    OdpowiedzUsuń
  11. :)Byłam pewna, że pan Zbyszek zapomniał o zmianie czasu:)

    OdpowiedzUsuń

Smakowało?