środa, 2 marca 2011

Pan Zbyszek spod 13.

Dzień jak co dzień. Niby to samo co zawsze. Wstaję rano, obiecuję sobie, że to naprawdę ostatni raz, kiedy wypijam kubeł czarnej kawy zamiast soku z grapefruita. Potem praca. Zazwyczaj obywa się bez fajerwerków. Czasem ktoś zakupi gazet za 120 złotych. Ale to rzadkość. Wracam z pracy prędko, jakbym była sprinterem trenującym do olimpiady. Gnam do domu co tchu z myślą o obiedzie. Wyobrażenia nabierają niemal realnych kształtów, gdy wspinając się na ostatnie piętro, mijam kolejne drzwi, zza których ulatują smakowite zapachy. Pod 3 gotował się kapuśniak, 8 zalatywała wątróbką, a 10 pachniała niebiańsko sernikiem. Dałabym uciąć sobie rękę, że była tam i szczypta wanilii. Prawdziwie zaintrygował mnie jednak dopiero aromat spod 13. Przystanęłam pod drzwiami nieco dłużej. Nadal nie mogłam rozgryźć, co tak ponętnie pachniało. Zdesperowana musiałam wykonać pewien drastyczny krok, którego zazwyczaj staram się unikać jak ognia. Zerknęłam do środka przez dziurkę od klucza. No nie do końca zerknęłam, bo najpierw wepchałam tam koniuszek swego wścibskiego nosa. Nos nigdy się nie myli.



Pachniało obłędnie... Tak, jakbym na sekundę przeniosła się do zupełnie innej krainy. Czyżby były to Włochy?
Nos kazał też spojrzeć. Dobra, dobra, niech mu będzie.
Przez chwilkę nasłuchiwałam czy ktoś idzie, ( w końcu nie lubię, gdy część mieszkańców mojej kamienicy myśli o mnie jako o obsesyjnej podglądaczce) a następnie zajrzałam.
Niestety w realnym świecie dziurki od klucza nie działają tak rewelacyjnie, jak w bajkach Disneya. Nie zobaczyłam prawie nic. Jakieś niewyraźne cienie. Co gorsza, to tylko zaostrzyło mój apetyt.
Szybko wbiegłam na ostatnie piętro. Zamykając się w swoich czterech ścianach nadal stałam pod 13. Nie mogłam przestać myśleć o zapachu, jak dobywał się z tego mieszkania. Jeszcze bardziej intrygowało mnie, kim jest autor tak ponętnie pachnącego dania. Czy był to facet, a może kobieta? Byłam pewna, że facet. Coś mi mówiło, że wyjątkowo apetyczny egzemplarz. Pobożne życzenia i nadzieje kobiety-marzycielki. 
Cóż, nie pozostawało mi nic innego, jak sprawdzić ile z tych życzeń ma szansę zaistnienia.
Jak to sprawdzić?



Jeśli dziurka od klucza nie wystarcza, to trzeba przekroczyć drzwi. Nic prostszego! Wystarczy zapukać i poprosić i pożyczenie łyżki cukru. Klasyka! I nie wychodzi się na popaprańca, tylko przeciętnego Polaka, któremu szkoda 3 złotych na kilo cukru z Biedronki.
Postanowiłam nie zwlekać i ruszyć z misją jeszcze tego wieczoru. Poprawiłam tylko makijaż, ułożyłam w głowie bajeczkę o imieninach współlokatorki i próbując ukryć ekscytację (cholera, że też wszystko po mnie tak widać...) zeszłam pod 13. 
Zapukałam. Raz. Drugi, trzeci... I nic. Najwidoczniej go nie było. Chyba, że cierpi na chroniczny lęk przed ludźmi. A może to 70-letni staruszek bez zęba na przedzie?
Obojętnie jaka była prawda o tajemniczym lokatorze spod 13. chciałam ją poznać. Tymczasem wszystko wskazywało, że stanie się to nie tak prędko, jakbym sobie tego życzyła.
Niepocieszona takim obrotem spraw ruszyłam  z powrotem na górę. Szłam smutnym powolnym krokiem. Całe szczęście, bo dzięki temu zdążyłam usłyszeć pewną bardzo ciekawą i wartościową dla mnie rozmowę. Oto, co padło z ust dwóch mieszkanek mojej kamienicy.

Pani Irenka: ... to wszystko wina Pana Zbyszka.
Pani Krysia: tego Pana Zbyszka?
Pani Irenka: no tego Pana Zbyszka C.
Pani Krysia: tego spod 13.
Pani Irenka: tak, tak, tak, dokładnie tego Pana Zbyszka spod 13. 
Pani Krysia: no taaaak, no taaaak, nic dziwnego. Przecież on jest... O rany! Czujesz Irenko, to chyba u mnie grzybki się przypalają. No nic, muszę lecieć. 
Pani Irenka: to do zobaczenia kochana, wrócimy jutro do tematu w kościele, jak zawsze o 7.

Uświadomiłam sobie, jak bardzo nie doceniałam swoich sąsiadek! Przecież to istne skarby! W tamtym momencie uwielbiałam je bardziej, niż tartę łososiową! 
Ich niewinne ploteczki dostarczyły mi cennych informacji. Może nie była to cała prawda, ale jakieś kroki mnie doń zbliżające. Wiedziałam już, że (zgodnie z mą intuicją) pod 13. zamieszkuje facet. Pan Zbyszek. 


Moja euforia szybko przybrała mniej optymistyczny wydźwięk. Jak to bywa z szczątkowymi informacjami, budzą więcej pytań, niż gdy nie wiedziało się nic. Mnie nurtowało głównie, cóż takiego przeskrobał Pan Zbyszek, że plotkowały o tym dwie największe plotkary w mieście (bo tym tytułem słynęły moje sąsiadki). Po drugie mój niepokój budziło imię tajemniczego lokatora. Pan Zbyszek. Pan Zbyszek? Przecież to miano kojarzy się z aktorem starego polskiego kina. Z drugiej strony przywodzi na myśl postać hydraulika z wąsem przywdzianego w amarantowy uniform. 
I jak to wszystko pogodzić z tym nieziemskim zapachem, który przyprawił mnie dziś o poczucie rozkoszy?
Wszystkie te pytania wskazywały na jedno - dzisiejsza noc nie będzie należała do spokojnie przespanych. 
Na szczęście, dzieląc się tym wszystkim z Wami, moi czytelnicy, mam pewność, że i Wy się trochę ze mną pomęczycie. Miejmy tylko nadzieję, że nagroda będzie równie apetyczna, jak obiecywał to dzisiejszy aromat. 
Już mi burczy w brzuchu... 

3 komentarze:

  1. Powiem Ci ,ze tak napisalas tego posta, ze i mnie Pan Zbyszek zainteresowal, nawet bardziej niz zapachy wydobywajace sie z jego mieszkania:P

    OdpowiedzUsuń
  2. mnie też bardziej interesuje sam Pan Zbyszek ;-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetnie wkręcająca historia ;) Zapisuję bloga do ulubionych i czekam na dalszy rozwój wydarzeń... Oj, doczekać się nie mogę!!! N.

    OdpowiedzUsuń

Smakowało?