sobota, 5 marca 2011

O, kuchnia!

Jakkolwiek lubię sobie ponarzekać (jak to Polka z krwi i kości), muszę się przełamać i wpaść w chwilowy zachwyt nad wynalazkami techniki współczesnej. Weźmy, na przykład, taki aparat fotograficzny. Jakim jest cudem to, że za sprawą jednego kliknięcia można coś zatrzymać na wieczność. Weźmy, na przykład, takie rogaliki czekoladowe. Upiekłam je przedwczoraj wieczorem, jakoś w okolicy godziny 20. Piętnaście minut później było ich o połowę mniej.  Dobrze, że strzeliłam fotę pięć minut po wyjęciu z piekarnika, inaczej nikt z Was, Czytelnicy, by ich nie zobaczył. Co do tajemniczego zniknięcia rogali, to robota współlokatorów. Ale to raczej dobrze świadczy, niż źle. Rogaliki podziałały na współlokatorów. Może podziałają i na Pana Zbyszka? Zgodnie z mym zamiarem podwędziłam jedną przynętę.
"Dzień dobry, jestem Pana sąsiadką z góry. Czy miałby Pan ochotę spróbować mojego ostatniego wypieku"?
Widzę siebie całą w pąsach, drżącymi dłońmi podającą małe zawiniątko z rogalem w środku. 
Hmm... Miałam wiele zastrzeżeń, co do wymyślonej kwestii powitalnej. Przecież nie jestem postacią z amerykańskiego serialu. Cholera... Co mi po rogaliku? Potrzeba mi odwagi, nie słodkich wypieków! Co tu robić?
Z drugiej strony... Przecież to chodzi o tego Pana Zbyszka! Od kilku dni, nie myślę o niczym innym i o nikim innym... Muszę go poznać. A, moim (bardzo subiektywnym zdaniem) nie ma lepszego pretekstu i kontekstu do poznawania ludzi jak kulinaria.
Weźmy, na przykład, ostatnie zdarzenia zaistniałe w moim mieszkaniu. Nie dalej jak tydzień temu wprowadzili się nowi współlokatorzy. Dwie studentki dziennikarstwa zostały zastąpione uroczą parą. Ona i On (również studenci) są w sobie bardzo zakochani i promieniują tym swoim szczęściem na wszystkie zakamarki naszego, nadal dość zimnego, mieszkania. Nie ma idealniejszych współlokatorów nad zapatrzonych w siebie gołąbków.
Wracając jednak do wątku,  moje pierwsze z nimi spotkanie nastąpiło właśnie w kuchni. 
Ona robiła herbatę, on kanapki, a ja sałatkę. W pewnym momencie ona zapytała, czy komuś zalać herby, on czy ktoś się poczęstuje kanapką. Mi nie pozostawało nic innego, jak zapytać czy mają ochotę na sałatkę grecką. Jak dobrze, że (odziedziczywszy nałóg po Mamie) zwykłam robić wszystkiego spore ilości! Zasiedliśmy wszyscy przy naszym kuchennym stoliku, który de facto jest staroświecką maszyną do szycia i rozpoczęliśmy pogawędkę. Tematów było więcej, niż tylko to, co na stole. Nowi współlokatorzy okazali się trafionym prezentem od losu. W końcu trudno czasem o współlokatora, z którym można wymienić coś ponad zdawkowe uśmiechy i komentarze na temat przedłużającej się zimy oraz soli rzucanej na chodniki, która wyżera dziury w butach.  
Z nowymi współlokatorami jestem już umówiona na koncert Brodki oraz wspólne gotowanie.
Jedzenie okazało się w tym wypadku świetnym spoiwem znajomości.
Czemu miałoby się nie udać z Panem Zbyszkiem? Przecież (sądząc po zapachach dobywajacyh się z jego mieszkania) jest łasuchem. 

Zwyciężyła moja ciekawość oraz wrodzony instynkt ryzykanta/ szaleńca. Wyłączywszy (na tyle ile się dało) myślenie udałam się raz jeszcze pod 13. Oczywiście uzbroiłam się w czekoladowego rogalika.
Zapukałam. Raz, drugi... Nim moja pięść uderzyła trzeci raz w drzwi mieszkania, otworzyły się. Za nimi stał Pan Zbyszek we własnej osobie. O, kuchnia!!! I co teraz?!?! Gdzie się podział scenarzysta tego serialu? Niech ktoś podszepnie mi moją kwestię!!!
"Dzień dobry, jestem Pana sąsiadką z góry. Czy miałby Pan ochotę spróbować mojego ostatniego wypieku"? - wycedziłam nielubianą amerykańską zagadówkę, przeklinając moment, w którym ją wymyśliłam, kiedy zorientowałam się, że wcale nie jest tak jak w moich wyobrażeniach. Nie płonęłam ze wstydu, ani nie drżały mi ręce. Zwłaszcza jednak nie tak wyobrażałam sobie Pana Zbyszka. 
Co, u licha... - przemknęło mi przez myśl, gdy przede mną stanął ktoś, o kim myśli się: "Wow!  Ciekawe jak to jest być ideałem".  
Moje serce najwidoczniej chciało się przypodobać Katarzynie Grocholi, bo zaczęło bić szybciej. O dziwo, nie dlatego, że czułam podenerwowanie, zażenowanie, strach albo inne głupstwa. To było coś jakby... fascynacja. Ostatni raz czułam coś takiego, gdy oglądałam program kulinarny BBC "Food Palnet". 
"Z chęcią" - odpowiedział zwyczajnie Pan Zbyszek. 
I, podobnie jak wcześniej z moimi nowymi współlokatorami, zasiedliśmy z Panem Zbyszkiem do wspólnego stołu. W odróżnieniu od tamtego spotkania w mojej kuchni, miałam przemożne uczucie, że tu nie chodzi o zwykłą pogawędkę. To był początek czegoś znacznie więcej.
Czego?
Mam nadzieję dowiedzieć się już wkrótce! :-D

1 komentarz:

  1. O nie, o nie!!! Ja chcę więcej!!! ;))) No, Kochana, wkręciłaś mnie na maksa ;)))))
    Czekam na rozwój wydarzeń!!!

    OdpowiedzUsuń

Smakowało?