poniedziałek, 21 marca 2011

Nazwij mnie!

I oto nadszedł, upragniony, wyczkiwany 21 marca. Pierwszy dzień wiosny.
Tak, to nie żarty - mamy wiosnę! I co z tego, że być może, gdy ja z łatwością rozsmarowywania miękkiego masła piszę słowo W I O S N A, gdzieś w okolicach Suwałk sypie wesoło biały puch, a gdzieś w całej Polsce ludzie nadal nie pochowali do szaf grubych szalików i czap. Mamy wiosnę, bo tak ustalone jest od wieków. Nikt i nic tej prawdy nie zmieni, choćby i przyszedł rosyjski mróz!
Królestwo i konia dla tego, kto wymyślił, że 21 marca to już wiosna.Od razu czuć różnicę. Jakoś tak cieplej i milej. I milej i cieplej. Od razu jakiś zwiewny ciuch chce się założyć. I mniej tłuszczyku do smażenia używać.




A gdyby tak... gdyby tak... nagle przesunąć tą datę? Dajmy na to, że na 21 kwietnia. I co wtedy? Wtedy dziś obudziłabym się z tą samą zimną rezerwą wobec zimy. Na pocieszenie zjadłabym kilka kostek czekolady. A zamiast liczyć pochłaniane z nią kalorie, odliczałabym (z niecierpliwością) dni do kalendarzowej wiosny.
Ulga przyszłaby dopiero z nadejściem dnia 21 kwietnia. Czyżby?
A gdyby tak... prawdziwa wiosna, nie taka z nazwy, ale raczej taka, co to się panoszy ciepełkiem i soczystą zielenią zawitała wcześniej? Wtedy nie musiałabym czekać na to, aż ktoś uroczyście ogłosi -  

Mili państwo, oto i Wiosna, prosimy o gromkie brawa, śmiało, od dziś można chodzić do pracy w balerinkach i pogwizdywać pod nosem. 

Więc po co to kombinowanie z ustaleniem specjalnej daty? Po co w ogóle wyznaczać jakąkolwiek granicę? Przecież, gdybyśmy nie nazwali wiosny wiosną i tak wszyscy odczuliby jej przyjście.
Czy nazwanie czegokolwiek ma jakiś sens? A może to sztuczny wytwór lubiących wszystko komplikować stworów z gatunku homo sapiens

Pełna filozoficznej zadumy, za to z pustym żołądkiem weszłam do kuchni. W lodówce piętrzyły się
j
a
j
  a
Prezent od Mamy, która oprócz nord walkingu, ma jeszcze inne hobby, zwane hodowanie kur. Szaleństwo! Ale jakie pożyteczne.  I pyszne.

Nim jakiekolwiek uwolniło się z swojej skorupki, zaczęłam obmyślać, jak je przyrządzić. Nim zdecydowałam na co mam ochotę, przez moje duchowe podniebienie przetoczyło się kilka pomysłów.
Puszysty Omlet. Z żółtym serem i pomidorkami. Mmm...
A może jajko sadzone? Tak dawno już przeze mnie nie jedzone.
Choć na śniadanie to lepiej coś lekkiego, jak na przykład jajo gotowane. Na bardzo miękko!
Albo, pójść na łatwiznę i klasykę, czyli jajecznica?






D y l e m a t y . . .
 
Jak ten w pytaniu, co było pierwsze: jajko czy kura? Ktoś zna odpowiedź? Może Budda, ale jak go znam, to pewno się nie łatwo podzieli tą wiedzą.
W każdym razie, ja również nie potrafiłam  zdecydować, od jakiej postaci jajka zacząć mój dzień.
Dlatego pokusiłam się na małe poranne szaleństwo i przyrządziłam jajka pod wszystkimi czterema postaciami.
I aż oniemiałam. Wcale nie z zachwytu nad moimi zdolnościami kulinarnymi!
Oświeciło mnie!!! N a z w a ma znaczenie!
Z resztą, spójrzcie sami. Niby to to wszystko jajo. Ale jajecznica to diametralnie różna postać jaja od jaja gotowanego. Inna tekstura, smak, kształt. Że już nie wspomnę, gdybym tak pokusiła się na pastę jajeczną z świeżym szczypiorem. Mmm... Mój nieokiełznany apetyt próbował zbić mnie z tropu, ale nim wzięłam do ust pierwszy kęs czegokolwiek, musiałam sama przed sobą przyznać się do zuchwalstwa myślowego. Jak mogłam pomyśleć, że nazwanie czegoś nie robi różnicy?! Właśnie dlatego, że istnieje pomiędzy czymś diametralna różnica, powstały nazwy.

Tak rozdziawiły mi usta ze zdumienia te jaja, że zostawiłam je w  świętym spokoju. Zjadłam kanapkę z masłem orzechowym i dżemem z żurawiny. Pozwoliłam myślą płynąć dalej. Szerzej.  Przeszło, rzecz jasna, na związki damsko-męskie. Bo, jajecznica jajecznicą, a omlet omletem, ale sprawy sercowe to już nie jaja, a sprawa ważka. 

Wiemy, że 21 marca zaczyna się Wiosenka. Ale kto mi powie, kiedy zaczyna się związek?
Czy muszę spotykać się z Kimś regularnie przez rok, dwa tygodnie i trzy dni? Albo czy muszę z tym Kimś uprawiać szalony seks? A może raczej przedstawić go całej rodzinie, łącznie z kotem o imieniu Antoni)?
Czy w tym wypadku rzeczywiście istnieje obowiązek nazywania rzeczy po imieniu? Przecież to, co nazywamy pospolicie uczuciami bywa tak zmienne, płynne, nieokreślone...
Kiedy facet, na którym mi zależy, staje się moim facetem?
Kiedy to, co jest między dwojgiem osób powinno zostać określone? Czy istnieją odpowiednie słowa, by nazwać coś tak wyjątkowego, jak iskry przeskakujące między dwojgiem ciał?
Ech, żeby to wyglądało tak łatwo jak przyrządzanie śniadaniowych jaj... Jedno jest pewne, pomidor nie jest ogórkiem. A bycie kumpelą jest czym innym, niż bycie tą Jedyną.

Tymczasem, życie, jak to  życie, konstruuje najbardziej skomplikowane labirynty. Tak, na przykład, moja Starsza Siostra dwukrotnie (w ciągu ostatniego półrocza) rozstawała się z swoim facetem. Nie zmieniło to faktu, że spotykali się z sobą równie często oraz intensywnie, jak przedtem. Żeby było zabawniej, dopowiem, że jakiś miesiąc temu, dla odmiany, on rozstał się z nią. I tym razem coś się między nimi zmieniło. Na lepsze. Zerwali z nazywaniem siebie "chłopakiem" i "dziewczyną", lecz nie z sobą. Ba! Jakość ich relacji podniosła się jak   temperatura na moim okiennym termometrze.
Czyżby to przemawiało za bezużytecznością stosowania nazw?
Wręcz przeciwnie! Przecież to właśnie kwestia nazwy ich na nowo połączyła.

A tak zupełnie serio (na tyle, na ile potrafię być serio), uważam, że nazwanie tego, co jest między ludźmi ma się tak do siebie, jak bazylia do pomidora oraz mozarelli.
Można się bez tego obyć. Ale wtedy wszystko pozostaje bez smaku.

3 komentarze:

  1. Ale te jaja przesmacznie wygladaja... och...
    A w nie tak dalekiej Angli juz wiosna... wisnia kwitnie i pachnie przecudnie!

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie czuję się. Zupełnie. Jestem urodzonym pacyfistą. Nie ma we mnie żądzy mordu :)
    Gratuluję bloga. Będę stałym obserwatorem akredytowanym gdyż lubię czytać o kulinariach, jak również o sprawach około kulinarnych :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie uwzględniłaś jajek w koszulkach!

    Swego czasu jadłam je na okrągło :)

    OdpowiedzUsuń

Smakowało?