poniedziałek, 14 marca 2011

Kobiety pragną bardziej (?)

Dziś popołudniem otrzymałam telefon, który bardzo mnie zaskoczył. I wzburzył moją krew.
Dzwoniła moja Mama. Oświadczyła rozgorączkowana, że znalazła w skrzynce pocztowej list zaadresowany do mnie. Mandat, konkretnie. Roześmiałam się do słuchawki, bo przecież nie mam prawka, a jedynym środkiem lokomocji, jakim się poruszam jest rower. Z tego, co pamiętam, nie przejechałam żadnego kota. Nie było mi już tak do śmiechu, gdy Mama odczytała, że jestem winna ponad sto złotych Miejskiemu Zakładowi Komunikacyjnemu za jazdę na gapę. Rzeczywiście - tu biję się po trzykroć w pierś - takie zdarzenie miało miejsce. Całe lata świetlne temu... Zamyśliłam się, z kim pójść do kina i zwyczajnie zapomniałam skasować bilecik. A tak, to pani we wielkiej futrzanej czapce skasowała mnie. Daliby już spokój, miałabym nowe trzewiki na wiosnę. Złość minęła mi już dawno wraz z zeszłorocznym śniegiem, a i przeboleję stówkę (czyt. nowe trzewiki na wiosnę). Ale kazanie mojej Mamy na temat zachowania się w środkach komunikacji miejskiej to już lekka przesada jak dla moich uszu. Ćwierć wieku upłynęło od  mojego przyjścia na ten świat i mam świadomość reguł gry zwanej życiem, nawet jeśli chodzi o tak skomplikowane jego elementy jak jazda autobusem i kasowanie biletu. Czasem po prostu zdarza mi się nawalić i o czymś zapomnieć. Mama żądała wyjaśnień. Ale dlaczego miałabym się tłumaczyć? Bywa, że jedynym wyjaśnieniem naszych zachowań jest stwierdzenie - cóż, zdarzyło się. Nie jestem Pani Idealna.

Tak, jak zdarzył się pocałunek z Panem Zbyszkiem.
Pan Zbyszek nie dał od tamtej pory znaku życia. 
Czyżby się wystraszył?

Konsekwencje tego czynu mogą być o wiele poważniejsze, niż nie skasowanie biletu.

Owszem, wszelkie znaki na niebie i ziemi mówią mi, że jestem trochę szalona. W gruncie rzeczy po prostu wcielam w życie to, co podpowiada mi intuicja. Nie pocałowałabym pierwszego lepszego z brzegu faceta. Nawet, gdyby miał zielone włosy i usta Antonio Banderasa (w młodym wydaniu). Dziwna rzecz, ale wtedy, tamtej nocy, gdy pocałunek się zdarzył, czułam tak, jakby była to najnaturalniejsza rzecz na świecie.

Co innego teraz.
Myśli mnie drapią i trapią. Do najdokuczliwszych należy: "Czy on myśli, że jestem desperatką/nimfomanką/kosmitką?".
Może to dla niego za szybkie tempo?
Może, nie lubi, gdy kobieta robi pierwszy krok?
A może to on jest desperatem/nimfomanem/kosmitą?

Hmm... Istnieje, też całkiem racjonalne wytłumaczenie, że zwyczajnie nie ma kasy na telefonie lub ma przewlekłe zapalenie gardła, co nie pozwala mu do mnie zadzwonić. Ale racjonalne wytłumaczenia odrzucam. Taki lekki syndrom Bridget Jones.

Co kwadrans złowieszcze spojrzenie rzucam milczącemu telefonowi. Chyba się na niego obrażę. Albo pogryzę.


Dopiero, gdy zaczynam gotować, odzyskuję wewnętrzną równowagę i harmonię. Z zdumieniem odkrywam, że od kilkunastu godzin nie robię nic innego, jak zajmowanie się czymś, co jest wytworem mojej wyobraźni. Bo przecież nie wiem tak naprawdę, co w Panu Zbyszku siedzi.  Wiem za to z całą pewnością jak to wygląda z mojej perspektywy.
I oto mój wniosek - niczego nie żałuję! 
W gruncie rzeczy pocałunkiem nikogo nie da się zabić. Jeśli ta znajomość nie przetrwa próby pocałunku, to najwidoczniej to po prostu nie jest to. 

Z resztą, czemu ja się tak spinam? Czyżby mi zależało na kimś, kogo prawie w ogóle nie znam? A może po prostu kobiety pragną bardziej? Dobra, może i jestem kobietą, ale skąd mam, u licha, wiedzieć? 

O, ktoś zapukał do drzwi. 
Na wszelki wypadek, nim otworzę, pomaluję usta. I nałożę błyszczyk, bo dobrze smakuje.  




2 komentarze:

  1. Też tak czasami mam, że obrażam się na telefon i mam ochotę go zjeść ;) Ciekawe, kto pukał???!!!

    OdpowiedzUsuń
  2. A mój zmienił się w Pana Milczka, gdy coś się między nami rozwinęło...

    OdpowiedzUsuń

Smakowało?