piątek, 11 marca 2011

Gotowanie na ekranie

Ostatni tydzień należał do tych, którzy ludzie zwykli nazywać "zwariowanymi". Krótko mówiąc, dzicz na całego! A wszystko przez pewien program telewizyjny, a raczej ekipę go realizującą, która w dniu dzisiejszym wprosiła się do mojego mieszkania. Z resztą, była i jest tu zawsze mile widziana.

Nigdy nie występowałam przed kamerami, chyba że wliczę w ten rejestr moje występy w wieku lat sześciu, kiedy siostra mamy, ciocia Bożenka, kręciła wszystko i wszystkich, co się dało. Cóż, tego czasu zamierzchłego, kamera była czymś na miarę dzisiejszego iphona. A i dzieci były jeszcze małe, to też fotogeniczne w każdych okolicznościach, nawet tych najbardziej żenujących, jak jedzenie ziemi z trawnika przed domem.

Dziś miałam pokazać nie tylko moją twarz, ale i kulinarne umiejętności.
Luzik, przecież, co jak co, ale gotować to ja potrafię. Sprawdzałam to wielokrotnie na moich znajomych.
A jednak... Dopadł mnie stres. I to potężny jak Godzilla!

Przez cały tydzień myślałam jak to będzie. I to był mój błąd. W mojej głowie zaczęły mnożyć się mniej i jeszcze mniej realne scenariusze tego, co może się wydarzyć przed kamerą. Trochę jednak w nie uwierzyłam, za co spotkała mnie kara- zaczęłam się bać. Każdego wieczoru kładłam się spać niespokojna. Trochę tak jakby w oczekiwaniu na poród albo egzamin maturalny. Kurczę, a myślałam, że mam takie stresy już za sobą (mowa o stresie egzaminacyjnym, bo ciążę przeżyłam kilka razy, ale tylko gastronomiczną, czyli taką z przejedzenia).

Przez cały tydzień, po przebudzeniu poziom adrenaliny w krwi był nieco niższy, ale i tak dwa razy wyższy, niż ta dawka, którą dostarczam sobie zazwyczaj.

Któregoś dnia zapomniałam nawet, że mam iść do pracy.

Ktoś z boku mógłby nawet pomyśleć, że się zakochałam na zabój, tak byłam nieobecna tu i teraz.

Pomyślałam, że aby nie dać się zwariować oraz by któryś z moich barwnych scenariuszy nie stał się przypadkiem rzeczywistością, muszę coś z tym galimatiasem zrobić. Jakoś go okiełznać...
Skup się, skup się, skup się - próbowałam wymyślić sposób na stresa. Aż w końcu... Wiem! Otóż, trzeba, nomen omen się skupić. Najlepiej na jednym elemencie. Tylko jedna rzecz w głowie. Postawiłam na chleb. A konkretnie upieczenie pięknego chrupiącego bochenka. 
Staropolskim zwyczajem będę witać moich gości z telewizji pajdą chleba z masłem. Co do wódki, to się zobaczy. 
Pełna werwy i zapału ruszyłam do kuchni. Z jedną myślą w głowie:
Chleb, chleb, chleb, chleb, chleb, chleb, chleb, chleb, chleb, chleb, chleb, chleb, chleb, chleb, chleb, chleb, chleb, chleb, chleb, chleb, chleb, chleb, chleb, chleb, chleb, chleb, chleb, chleb, chleb, chleb, chleb, chleb, chleb, chleb, chleb, chleb, chleb, chleb, chleb, chleb, chleb, chleb, chleb, chleb, chleb, chleb, chleb, chleb...
CHLEB 
Ulga przyszła niemal natychmiast, gdy wsypałam do miski torebkę mąki orkiszowej, dodałam siemię lniane, pestki słonecznika, lubczyk, majeranek, trochę soli i pieprzu. Najważniejsze - sporo świeżego tymianku i - uwaga! - rukoli.  
Gdy tylko drożdże znakomicie wyrosły (rozpuściłam w letniej wodzie z odrobiną cukru całą paczuszkę), powędrowały do mąki, a za nimi jedno surowe jajo. 
Gdy moje ręce zamieniły się w mieszadełka miksera i zaczęły wyrabiać ciasto, galimatias stawał się coraz mniej bliskim mi słowem. A gdy ciasto poczęło odchodzić od rąk i powędrowało parę razy do góry, zapomniałam, że takie słowo jak stres w ogóle znalazło się w słowniku języka polskiego. 

Gotowanie naprawdę mnie odprężyło. Nic dziwnego, że chleb wyszedł ładny. 



Po upieczeniu wyszedł zaś piękny (czy ja bywam nieskromna?) 




Chyba nie muszę dodawać, że i pyszny - do zdjęcia uchował się już tylko kawałeczek ;-P

Jednym słowem - sukces! I trzeba było panikować? Wystarczyło się skupić na jednej rzeczy. 
Podświadomie wiedziałam, że to zadziała. Przecież już raz sobie postanowiłam taki post myślowy. Pamiętacie jak parę miesięcy temu wtłoczyłam w życie Mocne Postanowienie Poprawy (kliknij, by sobie o tym poczytać), czyli obietnicę tego, że spotykam się tylko z jednym facetem, a nie trzema na raz? Wyszło baaaardzo na dobre. Jak widać porady odnośnie życia sercowego znajdują miejsce i w kuchni :-) 








2 komentarze:

  1. Piękny chleb! Ja tez "czaję" się do upieczenia ;)) A Pan Zbyszek spróbował choć kromeczkę??? ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. A tak, piękny. Nie jesteś nieskromna.

    Daj znać jak Ci uniwersalny i nieopadający biszkopt wyszedł i czy zwabiłaś Pana Zbyszka :D

    OdpowiedzUsuń

Smakowało?