piątek, 14 stycznia 2011

Wielki bigos

Wszyscy byśmy sobie życzyli, by nasze życie przypominało dobrze doprawioną i skomponowaną sałatkę pełną kolorowych, świeżych, zaskakujących, ale też tradycyjnych składników. Z drugiej strony wszyscy też lubimy torturować nasze żołądki ciężkostrawną mieszaniną zwaną bigosem. Chcieć to nie zawsze móc. Stąd, nawet gdybym bardzo chciała zaprzeczyć, że ostatnio moje życie przypomina wielką mieszaninę, nie mogę.



Zaczęło się od tego, że wstałam. Nie pamiętam już którą nogą, choć wszelkie późniejsze znaki na niebie i ziemi wskazywały, że była to ta felerna... Ujrzałam na moim policzku niewielką krostkę, popularnie zwaną pryszczem. Jako że z trądzikiem stoczyłam ostatnia zażartą WYGRANĄ walkę dwa lata temu, byłam niemile zaskoczona wizytą owej krostki.
Cóż, pomyślałam, nie warto psuć sobie dnia taką drobnostką.
Okazało się, że czerwony punkcik na policzku rzeczywiście był małym pryszczem, przy tym, co wydarzyło się tego samego poranka. Otóż, kilka godzin później odjeżdżał mój pociąg. Jeśli myślicie, że mam zamiar Wam opowiedzieć oklepaną historyjkę z odjeżdżającym pociągiem w tle, to się mylicie. Pociąg rzeczywiście będzie w tle. Dramatyczna akcja rozegrała się zaś nie na stacji kolejowej, lecz w garażu samochodowym mojego Taty.
Akurat tego poranka mój Tato zdecydował się, u progu Nowego Roku, na gruntowny remont swego garażu. Znaczy to - farby wszędzie, gwoździ pełno wszędzie, drabin pełno wszędzie. Jeden wielki bigos!
Akurat tego poranka ja wyjeżdżałam z domu rodzinnego do siebie, do miasta. Oznacza to torby pełne maminych upominków (czyt. jedzenie!!!). Tak oto obładowana niczym cygan z krwi i kości musiałam przejść przez garaż Taty. Oczywiście byłam w lekkim pośpiechu, gdyż będąc wierna swej tradycji, byłam lekko spóźniona. Wszystko by było jednak w jak najlepszym porządku, gdyby nie pośród tego galimatiasu jeden puchaty szczegół. Kot. Nowy nabytek moich rodziców, do bólu upominających się wnuka.


Kot, imieniem Antoni, najwidoczniej wie, jak zrobić dobry bigos, bo wepchał mi się prosto pod nogi. I tak oto, jak długa runęłam. Razem ze mną drabina, farba i szafka pełna garażowego asortymentu.
Nie miałam jednak czasu na biadolenie. Chwila moment, a rzeczywiście musiałabym tu teraz opisywać historię o uciekającym na mych oczach pociągu!
Zdążyłam zatem. I co z tego, że w butach ubrudzonych na biało. I co z tego, że bez klucza do mieszkania...
Oj... oj... oj !!!


A jednak - bigosu był dopiero początek.

Na szczęście mój obecny współlokator był na mieście. I zostawił mi klucze. Uwaga zdradzam nasz sekret - są w foliowym worku w konewce pełnej lodu. Tuż pod oknem. Banalnie proste? Uwaga na krzak róży, który obrasta te okolice.
Gdy tylko dotarłam do miasta, tak zachłanna byłam tych kluczy, że zupełnie zapomniałam, jak bardzo klujący może on być. Wpadłam w niego tak bardzo jak to tylko możliwe.

Myśląc, że gorzej być nie może, wzięłam się ostro za... relaks.

Pomóc mi w tym mieli Pan Redaktor oraz moi przyjaciele Maurycy i Marek.
Pierwszy wywiązał się z zadania całkiem przyzwoicie.  Wpadł do mnie na wspólne gotowanie. Niech komentarzem do tego będzie fakt, że szybciutko opróżniliśmy na pół butelkę czerwonego wina.
Zaraz po nim, przybyli mi "z pomocą" dwaj pozostali wymienieni panowie. Czy i im również udało się sprostać misji zrelaksowania Aurory? 

Hmm... Odpowiem kulinarnie - nie ma większych mistrzów w robieniu bigosu! Mistrzowie wiedzą, iż staropolskim zwyczajem najlepszym dodatkiem do bigosu jest wino. Przynieśli więc i oni czerwony wytrawny trunek. Ale co się dzieje, gdy staje się on podstawą przepisu? Oj, wielki bigos!
Maurycy (z pomocą Marka) tak zręcznie dolewał do mego kieliszka, że nawet nie zauważyłam, gdy wypiłam drugie pół butelki. Padłam jak mucha. Teraz misja brzmiała- ocucić Aurorę. W takim wypadku, zdaniem moich przyjaciół, należy człowieka potraktować wodą. Najlepiej zaś wrzucić osobnika w całości do wanny!
Poskutkowało. Na moment. 

Nie wiem czy to dla kontrastu, czy jeszcze większego szoku, acz następnie pamiętam rozgrzane żelazko na mojej stopie. Ciekawy pomysł losu.

Po tym wszystkim znów padłam. Tym razem jak mucha na wycieńczeniu. 
Nie zważając na ten drobny szczegół, jakim był brak mej świadomości, panowie jęli mnie szykować do wyjścia. Wysuszyli włosy, uczesali, ba! - zrobili makijaż!

Gdy tylko dotarliśmy do celu (jak? jak? jak?), zasnęłam. Zbudził mnie Maurycy niosąc do stolika szklanicę wody i Pana Redaktora. Cudownie!


 



Gdy tylko Pan Redaktor zjawił się u mego boku, usłyszał jedno - "dawaj klucze!" Mało uprzejme, jak na kobietę z taką klasą jak ja, ale poskutkowało.

I tak oto noc spędziłam z Panem Redaktorem. Nie wyobrażajcie sobie zbyt wiele. Spałam bowiem w łóżku jego współlokatora. Bez współlokatora, rzecz jasna. A jedyną towarzyszącą mi myślą była - nigdy więcej bigosu na czerwonym winie !




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Smakowało?