środa, 22 grudnia 2010

Ucieczka z wariatkowa, czyli Czas Obrony

Czeka się na ten dzień może nie całe życie, ale zapewne pięć lat ciężkiego imprezowa... studiowania, znaczy się.
Z każdą nadchodzącą sesją i zaliczanymi (miejmy nadzieję!) egzaminami, myślało się o tym najważniejszym.
Obrona pracy magisterskiej.

Zdarzyło się, że i mnie doczekał szczęśliwie ten dzień. Wreszcie! Po wielu bojach stoczonych z własnym lenistwem, złośliwością rzeczy martwych i perfidią czasu, udało się! Gdy minie kilka dekad i buzia zaroi się od zmarszczek, nadal będę pamiętać ten dzień. I snuć wnuczętom taką oto opowieść...

Wiele lat temu, w środku mroźnej zimy, na tydzień przed Bożym Narodzeniem i na trzy dni przed obroną tytułu magistra zostałam wyrzucona z mieszkania.

Tyle dla dzieci. Teraz przejdźmy do drastycznych szczegółów.
Tamta środa dobiegała końca. Wskazówki zegara właśnie przesunęły się na godzinę 22.00. Wykąpana i przebrana w piżamę zakończyłam pisać bloga i zaczęłam zbierać się, by wskoczyć do łóżka. Na drugi dzień miałam otwierać sklepik, czyli wstać o bardzo wczesnej porze. Zamiast słów "dobranoc" usłyszałam dźwięk przekręcanego w drzwiach klucza. To, co po nim nastąpiło było przeciwieństwem bajki do snu. Ale nie wyprzedzajmy faktów.
Okazało się, że do mieszkania przyjechał mój kumpel ze studiów. Miał do tego prawo. Mieszkanie było własnością jego ciotki, a on sam mieszkał tu w czasie studiów. Na wstępie umówiliśmy się co do tego, że od czasu do czasu może zająć drugi pokój. Niestety wraz z moim Kumplem przyjechała też jego Mamuśka. Z Mamuśką miałam przyjemność poznać się, nim dostała do swych rąk klucze do mieszkania, co do którego uzurpowała nadmierne prawa. Już wtedy, przy tamtym spotkaniu miałam dziwne przeczucie, że mogę mieć przez nią nieprzespane noce. Któż bałby się jednak starszej kobiety, która mieszka w odległym mieście? Stwierdziwszy, że nie ma sensu oddawać się w ręce przesadnej i irracjonalnej panice.
Teraz wiem, że być może warto było.
Gdy tylko mój Kumpel wraz z Mamuśką przekroczyli progi mieszkania, zaczęło się coś, co w potocznym języku zwie się burdą. Dystyngowana Mamuśka zamieniła się w wrzeszczącego potwora. Ja byłam ofiarą, niestety. Po tym jak zostałam oskarżona o zamienienie "jej" apartamentu w własny burdel, założyłam na piżamę kurtkę i ruszyłam w ciemną noc szukać kąta o spania. Bo jak niby miałam spać tutaj, kiedy do mojego pokoju co chwila wchodziła Mamuśka, wrzucając każdą jedna rzecz, jaką znalazła na terenie "jej" mieszkania, łącznie z zawartością lodówki. Zupełnie jakby zajmowany przeze mnie pokój był śmietnikiem, a ja... Heh... Jak miałbym w ogóle zmrużyć oko, kiedy z sąsiedniego pokoju dobiegały mnie wyzwiska, których tutaj się wstydzę przytoczyć? Przypominam - mówimy o dystyngowanej pani po sześćdziesiątce.
Jako że nie bardzo lubię być w pracy niewyspana, nadto nie lubię jak traktuje się mnie w śmietnikowy sposób, postanowiłam opuścić tamtej nocy mieszkanie.
W drodze do mieszkania mojej Starszej Siostry wypaliłam mnóstwo papierosów (super light) i przemyślałam sobie całe moje życie. Moje policzki parzyły od siarczystego mrozu, a krew gotowała się z wściekłości wobec zaistniałej sytuacji. Jeszcze nie wiedziałam, co czeka mnie nazajutrz, ani w najbliższym tygodniu. Noc spędziłam na jednym łóżku z Siostrą przed ekranem jej komputera, wysyłając alarmujące wieści do wszystkich znajomych. Chwała chłopczynie, który wymyślił Facebooka (obojętnie czy komuś ukradł ten pomysł czy nie...). Jeszcze tego samego dnia odezwał się Pan Redaktor, obwieszczając że akurat zwolnił się w jego mieszkaniu pokój! Kamień spadł mi z serca, bynajmniej będę miała kąt do nauki przed obroną...
Musiałam jednak do tamtego mieszkania wrócić. Zapomniałam komórki, nie wzięłam z sobą laptopa. Poza tym to nadal było MOJE mieszkanie, a bynajmniej MÓJ pokój.
Zwyczajnie się jednak bałam.
Zabrałam z sobą Starszą Siostrę i oddaną mi zawsze w trudnych sytuacjach Helenę.
Tak więc, nazajutrz wieczorem ruszyłyśmy na kolejne starcie z potworem.
Tym razem to ja miałam przewagę. Ona była jedna, my trzy. Być może to sprawiło, że przestała władać orężem, jakim były wulgarne przekleństwa. Z podniesionego głosu i przykrych uwag nie zrezygnowała. Podobnie jak z wypominania mi wymyślonych szkód, jakie narobiłam podczas mego mieszkania. Jedną z najgorszych zbrodni, jakie, w jej mniemaniu, uczyniłam było ściągnięcie z ściany "świętego obrazka" (stary, zakurzony, kiczowaty do potęgi n-tej malunek, kupiony na targu u ruskich) oraz położenie na kanapie moich polarowych kocyków, w zamian za jej stare, ciężkie i nieco zatęchłe coś, które spoczywało tam do tej pory.
To wystarczyło, by mieć mnie za najgorszą złodziejkę i stać w drzwiach mojego pokoju przez cały czas pakowania moich rzeczy. A nóż przypadkiem mogłabym podwędzić jej jedną z  koronkowych serwetek, które przecież tak bardzo są na topie przez ostatnie pół roku! Dystyngowana pani dystyngowanym wzrokiem wodziła za każdym mym ruchem dłoni. Na koniec rzuciła tylko "wynoście się". 
Ostatnie starcie miało jednak dopiero nastąpić... i to szybko, bo pani postawiła mi ultimatum. Do jutra muszę zabrać wszystkie rzeczy. Wymyśliła, że wymienia zamki i wyjeżdża. Nie pomogły tłumaczenia, że mam na głowie teraz inne, ważniejsze sprawy, niż natychmiastowa i niezaplanowana przeprowadzka.
Na trzeci dzień okazało się, że grono moich znajomych jest naprawdę spore, a dobrych ludzi jest mimo wszystko nieporównywalnie więcej, niż potworów. Wśród tych dobrych, znaleźli się i tacy, co posiadają samochód! Moja radość była wielka!
Nim jednak ostatecznie pożegnałam się z ową panią, musiałam raz kolejny nasłuchać się kim jestem, a w zasadzie kim nie jestem, bo pani ulubionym stwierdzeniem było, że jestem po prostu "zerem". Tak jak i wszyscy moi znajomi, których NIEprzyjemnosć miała poznać. Cóż, najwidoczniej pani ta nigdy nie nauczyła się liczyć choćby do  trzech. Albo po prostu nigdy nie nauczyła się liczyć na przyjaciół, bo wątpię by takowych miała. Naprawdę, każde kolejne starcie z nią przekonywało mnie o jej głębokiej neurozie i w zasadzie budziło moje współczucie, wobec tego jak poraniona musiała być przez bliskich w przeszłości.
Bez względu jednak na wszelkie tłumaczenia jej niemożliwie niemiłego zachowania, nie powinna przekraczać pewnej granicy. A zrobiła to.
Punktem kulminacyjnym naszego ostatniego spotkania był moment, w którym przyniosła starą szmatę i kazała nam ją wąchać, smerając przy tym po twarzy. Rzecz jasna, uświadomiłam jej gdzie jest miejsce na tego typu przedmioty. Pani jednak z wielką satysfakcją przyniosła pokazać mi to odkrycie i tylko czekała, by mi obwieścić czym ono jest. Wyobraźcie sobie tylko, co wymyśliła ta dystyngowana sześćdziesięcioletnia kobieta! Muszę Was zasmucić, że pewnie nie macie tak giętkiej wyobraźni jak ona. Oto, co mi bowiem powiedziała o starej, śmierdzącej szmacie. Znalazła ją w zamrażarce. Skąd ona się tam wzięła? Według pani, w moim mieszkaniu, co noc pojawiał się inny mężczyzna, jeden z nich zostawił w tym ręczniku swoje nasienie. I następnie zamroził. Dlaczego? Cóż mamy XXI wiek, epoka in vitro! Poza tym, przecież to całkiem normalne...
Nie wiem, czy pani ta nigdy nie czuła zapachu męskiej spermy, czy też nie miała do czynienia z specyficzną wonią krewetek... W każdym razie, pewnym jest że nie potrafi tych dwóch zapachów odróżnić. Stara, śmierdząca szmata była ręcznikiem, który zamrożony czeka na sytuacje awaryjne, zawsze, gdy męczy mnie migrena. A że nieopatrznie obok niego zostały niedawno wrzucone krewetki, cóż, zdarza się... Tylko czy trzeba z tego robić tragedię, obwiniając kogoś o prowadzenie nielegalnego banku spermy?
Według pani tak. Pani chyba bardzo lubi tragedie, sensacje i inne problemy, których w jej życiu brakuje. Na pożegnanie poprosiła o oddanie jej kluczy do spiżarni, bo cóż ona biedna poczęłaby jeśli nazajutrz nie mogłaby zejść na dół po buraczki?! To byłby dopiero dramat...
Na koniec rzecz jasna było jej standardowe "wynoście się", zamiast życzeń świątecznych życzenia by mnie nigdy więcej nie zobaczyć i bym wreszcie uleczyła się narkomani oraz erotomani.
Po co te życzenia? Po opuszczeniu tego wariatkowa, po trzech dniach uczestniczenia w jej paranoi do szczęści nie brakowało mi niczego.

To była bardzo trudna lekcja.
Tym bardziej, że jej niemym katem był mój Kumpel ze studiów. Dlaczego nie ostrzegł mnie przed swoją Mamuśką? Nie bardzo przychodzi mi do głowy wyjaśnienie. Nawet nie chcę się nad tym wszystkim zastanawiać.

W ostatnim dniu tamtego szalonego tygodnia, po odbyciu formalności, jaką było uczestniczenie w zupełnie przereklamowanych wydarzeniu, jakim jest obrona pracy magisterskiej, poczułam się jak po odbyciu cholernie trudnej walki. To był prawdziwy Czas Obrony. Nie jakiejś stu-stronicowej pisaniny, którą - przy dobrych rokowaniach - przeczyta może z pięć osób. To był Czas Obrony samej siebie. W pracy pisałam o godności ludzkiej, ale w tamtych dniach realnie musiała jej bronić.  I walczyć o tak podstawowe sprawy, jak nocleg na noc... Brzmi strasznie, ale w efekcie doświadczyłam w tym wszystkim więcej pozytywów, a nawet śmiechu. Bo czy historia z zamrożoną spermą nie sięga wyżyn wysublimowanego poczucia humoru? Z resztą nawet te naprawdę straszne rzeczy zyskują zupełnie nowe światło, gdy ma się przy swoim boku tak cudownych przyjaciół i znajomych, jakich ja mam. Każdy starał się mi pomóc, wesprzeć na duchu. I wszyscy, rzecz jasna, spotkaliśmy się już nie na Facebooku, ale w ulubionym pubie na Magister After Party, czyli oblewaniu mojej obrony!


Poczuła prawdziwą radość!!! Wiedziałam, że wszyscy ci ludzie byli tam dla mnie. I to jest chyba najważniejszy punkt tej historii, który zapamiętam zdecydowanie dłużej, niż posiedzenie przed komisją egzaminacyjną. Moment, w którym odkrywamy, że nasi przyjaciele są naprawdę z nami. Na dobre i na złe.

Dziś wciąż nie mam lokum do życia. A jednak moja krew w żyłach płynie umiarkowanym tempem i z spokojem patrzę w przyszłość. Czuję że w Nowy Rok wejdę z uśmiechem. Paradoksalnie bowiem to wszystko mnie raczej umocniło, niż odebrało pewność.

Tym skrótem przybliżyłam Wam historię, którą kiedyś pewno z dumą będę przytaczać dzieciom i wnuczętom. A może napiszę książkę? O krewetkach? Czemu nie, każdy plan jest dobry. Grunt by realizować swoje marzenia, bo nigdy nie wiadomo kiedy spotka nas spotkanie z pewną panią ,która wywróci nasz życie do góry nogami.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Smakowało?