wtorek, 14 grudnia 2010

Prawdziwych przyjaciół poznaje się w... kuchni.

Zacznijmy od tego, że lubię jak facet na pierwszym miejscu swej kulinarnej listy przebojów umieszcza schabowego z ziemniakami i kapustą z białej. Dobry materiał na trwałego partnera, bo wierny tradycji.
Nie miałbym jednak pewności co do takiego, czy będziemy jednak dobrymi przyjaciółmi.

W jakimkolwiek zakątku świata przebywałam, nie czułam się zagubiona i samotna, gdy wokół mnie byli ludzie o podobnych gustach jedzeniowych. Gdy przez jakiś czas pomieszkiwałam w Londynie bliżej, niż do gęsto zamieszkujących to dżdżyste miasto Polaków i tłusto jadających Anglików, było mi do... Koreanek. Gdy tylko natknęłyśmy się na siebie w wspólnej hostelowej kuchni i poczułyśmy aromaty dobywające się z naszych patelni, zapałałyśmy do siebie szczerą sympatią. Okazało się, że mamy z sobą o wiele więcej wspólnego, niż upodobanie do papryczek chilli, choć to od nich zaczęła się nasza przyjaźń.

Jedzenie to dużo więcej, niż obowiązek istot żyjących, który sprawia, że są istotami żyjącymi. Jedzenie to przygoda, przyjemność, wyzwanie. Trochę jak kraina, w której za rogiem ciągle czeka coś nowego.

Istnieje prawie naukowa pewność, że ludzie o podobnym nastawieniu kulinarnym mają się ku sobie. Tak jak w gotowaniu ufam mym kupkom smakowym, tak w życiu towarzyskim kieruję się mym nosem. Mam dobrą intuicję , jeśli chodzi o ludzi, którymi się otaczam. Sprawdzianem tej intuicji jest wspólne gotowanie. Jeśli mój nos wyczuje podczas przygotowań czosnek, chilli, ryby, świeże zioła, pleśniowy ser, no i czekoladę, wiem, że mam do czynienia z kimś, komu śmiało mogę ufać w dzieleniu się swoją osobą. 

W minioną sobotę wraz z nowym chłopakiem Maurycego, Markiem, zorganizowaliśmy wspólną kolację. To miał być sprawdzian nie tylko mojego nowego znajomego, ale faceta mojego przyjaciela. Mój przyjaciel wart jest tylko kogoś z górnej półki. Chciałam go "sprawdzić", choć od początku miałam co do niego dziwnie silne pozytywne odczucia. Pociągało to za sobą wyolbrzymione oczekiwania, co do jego umiejętności kucharza i smakosza. Tym bardziej, że sam reklamował siebie jako nietuzinkowego bywalca kuchni. Ciekawa była sprawdzenia jego umiejętności. Równie mocno chciałam się przekonać, czy moja intuicja i tym razem dobrze mi podpowiadała.

Sobotnim popołudniem, wbrew kapryśnej aurze, która kazałaby zostać w domowym zaciszu, gdzie ciepło i sucho, ruszyliśmy z Markiem na podbój kuchni Maurycego. Sam Maurycy tego wieczoru od garów trzymał się z daleka, zajmując się raczej dokumentowaniem kuchennych eksperymentów. A było co uwieczniać!
By zaostrzyć Wasz apetyt, pozwólcie, że przedstawię menu: na dobry początek bardzo oryginalna w smaku sałatka egipska, chrupiące chlebki drożdżowe zagryzane z pastą serową, w roli głównej tarta z łososiem i szpinakiem, no i deser - lody waniliowe z gorącym sosem malinowym. Gdyby ktoś przy tym wszystkim czuł niedosyt, na dokładkę nasz niespodziewany gość, Madonna (nie królowa popu) przyniosła swój specjał, piróg biłgorajski...

Pytanie jaki nasuwa mi się zaraz na początku, a które pominęłam tamtego wieczoru brzmi - jak z tym wszystkim  daliśmy radę?! Odpowiedź: a co to za dziwaczne pytanie?! 
Daliśmy radę, a pomagała nam w tym wiśniówka i pyszne czerwone wino!

Nikogo nie powinien dziwić fakt, że za samo menu Marek dostało mu się 4 z plusem. Ale to tylko jedna składowa oceny końcowej. Mogło się bowiem skończyć na obiecankach cacankach i chwaleniu dnia przed zachodem słońca.
Czy jednak na widok takiego zdjęcia jedynym, co przychodzi Wam do głowy jest 5 z wielkim plusem?

Łososiowa tarta na piątkę z plusem

A teraz Was trochę potorturuję... Otóż, wyobraźcie sobie chrupiące ciasto francuskie, a w środku zapieczony łosoś z aromatycznym, mięciutkim serem brie, przegryzający się wspaniale z zielonym szpinakiem. Z góry również chrupiąca skorupka, zwieńczona świeżym koperkiem. Coś wspaniałego! Tarta zniknęła wprost błyskawicznie!
Ten bardzo sycący smakołyk dobrze było zagryzać czymś orzeźwiającym, takim jak sałatka, która była dla mnie miłym zaskoczeniem! Słyszeliście bowiem o połączeniu bananów i pomidorów? Brzmi ekstrawagancko? Im bardziej się wzbraniacie przed ryzykownymi poczynaniami kuchennymi, tym bardziej polecam spróbować! Strach ma bowiem wielkie oczy, a wierzcie mi, że wielka to pozostanie jedynie wdzięczność Waszych kubków smakowych! By się oswoić, wpierw rzućcie okiem...

Oryginalna w składzie i smaku Sałatka Egipska
Feeria kolorów i smaków! Co prawda na zdjęciu można by było pomylić ją z pierwszą lepszą mieszanką warzywną, nic jednak bardziej mylnego! Mamy tam pomidory i kapustę pekińską (oboje z Autorem zgodziliśmy się, że dobrze by smakowała i z lodową!), jest zielony ogórek, papryka, BANANY oraz mnóstwo kurkumy!

Były i chlebki, które stają się moim znakiem rozpoznawczym wśród znajomych wielbicieli mego kucharzenia. I pasty, nieodłączne w duecie z chlebkami. Sądzę, że zasłużyły na oddzielnego posta...

Z resztą tamta sobota nie należała do mnie, a do Marka. I to jemu należą się brawa i 5 z plusem, bo taka jest moja końcowa ocena ;-D Z resztą nie o cyferki chodzi, lecz o radość z tego, że są na świecie ludzie podobni do nas. Tamten wieczór był wyjątkowy, nie przez cudowne menu, które wprawiło nas w błogi nastrój, lecz właśnie ze względu na to, co działo się pomiędzy wałkowaniem ciasta, blanszowaniem szpinaku, a podgrzewaniem malin. Wymianie przepisów towarzyszyła wymiana pozytywnej energii i tego, kim jesteśmy. Jedzenie... kolejny raz połączyło ludzi. Jeśli tak smakowity był początek, to musi znaczyć coś dobrego!

P.S. Do teraz nie mogę odżałować, że nie zrobiliśmy zdjęcia deserowi. Cóż, był tak niebiańsko smaczny, że nikomu nie przyszło do głowy zamieniać łyżeczkę do lodów na aparat. Poza tym, nie moralnym byłoby nadal Was torturować!

1 komentarz:

  1. Ojjj brzmi fantastycznie! Ja chce przepis na tarte z lososiem! :)
    Wspolne gotowanie to prawdziwy taniec zmyslow! No a przy deserze to calkiem mozna sie zatracic, wiec nie dziwie sie ze zdjec nie zrobiliscie ;)

    OdpowiedzUsuń

Smakowało?