sobota, 25 grudnia 2010

Hej, kolęda, kolęda!


W moim domu rodzinnym Wigilijna noc raczej nigdy nie należała do najcichszych. Raz, że przy stole zasiada co najmniej siedem dusz (albo raczej wygłodniałych ciał), dwa, że lubimy śpiewać ( ciekawe co na ten temat miało by do powiedzenia jury programu "Mam talent?!). Po pierwsze więc słychać brzęk sztućców, mlaskanie i inne ciekawe odgłosy, które towarzyszą jedzeniu zupy rybnej, makówek, moczki, śledzi oraz karpia. A byłabym zapomniała o kaszy mannej z masłem!
Zaiste przepysznie wyjątkowe to wigilijne menu moich rodzinnych stron...
Potem słychać wszystkie możliwe kolędy.  
W tym roku mój głos miał wyjątkowo dramatyczny ton. No ale jak niby inaczej zaintonować "Oj, maluśkiego"?
Wyjątkowo to był rozciągliwy mój żołądek. 
Dramatyczne de facto było zaś to, że w okolicach pasterki poczułam, że rozciągliwość to nie wszystko. Po całodziennym poście, pomieszanie wszystkich smaków nie było najmądrzejszym pomysłem.
Prócz tego, że ta Noc nie tylko nie była cicha, okazała się też nie do końca święta, jakby chciała moja ulubiona kolęda. Zgrzeszyłam bowiem obżarstwem... Ech...
Na szczęście Mama, prócz ton jedzenia, słodyczy, orzechów i trzech strudli drożdżowych własnej roboty, posiada maleńki flakonik z etykietą głoszącą:
"krople żołądkowe".
Okropne paskudztwo.
Grunt, że dziś, w drugi dzień świąt mogłam kontynuować łasuchowy maraton. 

Tymczasem uciekam, czeka na mnie miska popcornu z karmelem i "Kevin". To, co że to taki odgrzewany kotlet (albo raczej karp!). Niech przynajmniej ten element będzie zgodny z tradycją ;-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Smakowało?