wtorek, 28 grudnia 2010

Co za dużo, to nie zdrowo


Tegoroczne święta niczym mnie nie zaskoczyły. Innymi słowy, przejadłam się, jak co roku. Euforia na widok domowych wypieków i ton orzechów przerodziła się w pasję jedzenia. Ale jak tu się oprzeć marcepanowi, tradycyjnemu piernikowi w czekoladzie. Gdybym naprawdę chciała się ustrzec gastronomicznej ciąży, musiałabym od opłatka zacząć i dzieląc się nim sowicie z najbliższymi, nie tknąć nic więcej.
O późniejszych cierpieniach nie będę się szczególnie rozpisywać. Grunt, że przypomniałam sobie stare dobre porzekadło: co za dużo to nie zdrowo. Brzuch, jak to brzuch, nie jest studnią bez dna.
Tak oto dziś poprzestałam na herbatkach ziołowych, jednej kanapce i musie owocowym. Niezaplanowana głodówka. Brzuch nadal pełny i pamiętliwy. Dobrze, wie co się dzieje, gdy nie ma chwili wytchnienia. Nie zaburczał ni razu.

Zauważyłam, że podobnie jak żołądek zachowuje się ostatnio mój inny narząd wewnętrzny, jakim jest serce.
Chyba za dobrze jest mu, gdy przebywam w moim nowym chwilowym mieszkaniu. Otóż mieszkam tu sama jako przedstawicielka płci pięknej pośród czterech facetów. Ha, okazują mi nawet zainteresowanie! Bo jak by że inaczej? Hm, właściwie co do jednego z nich, to nie wiem, czy aby jego emocje wzbudza cokolwiek innego, niż całki matematyczne.
Wracając jednak do tematu, zauważyłam, że i tu sprawdza się owo porzekadło. Facetów wokół mnie cały rój, nie mniejszy, niż ludzi przy stoiskach alkoholowych w tym przedsylwestrowym okresie. U mnie jednak taki rój przez cały rok. Byli obcokrajowcy i ziomki, byli tacy na chwilę, dla zabawy, jak i długodystansowcy... Nie łudźmy się jednak, ilość zazwyczaj nie przechodzi w jakość.
Co prawda czterech facetów w mieszkaniu to niebywały plus. W końcu faceci to nie komary, ich roje mi w ogóle, a w ogóle nie wadzą. Ale... Chyba rzeczywiście wolałabym tylko jednego. Nadal. Nie tylko współlokatora od wynoszenia śmieci i wymiany żarówki, ale faceta od zadań specjalnych, takich jak bycie razem.
Widać, moje Mocne Postanowienie Poprawy przerodziło się w żelazną Zasadę nr 1.

Jeśli mowa już o uciążliwym nadmiarze, to z całą pewnością odnosi się to do liczby moich mieszkań w tym roku. To obecne jest już czwartym na liście.
Jutro zaplanowane wielkie wybieranie tego nowego, miejmy nadzieję długodystansowego. Niestety i tu mam kilka do wyboru. Znajomi przejęli się mym losem i każdy coś wyszperał wśród ogłoszeń o wolnym lokum. Tak więc posypały się różne atrakcyjne propozycje. Dzwonili nawet z mojego dziekanatu!
Mogę mieszkać w ścisłym centrum, z tym, że to przyciasnawa dwójka. Jest też kawalerka do wzięcia blisko kina, albo pokój ulokowany nieopodal mojego dawnego mieszkania. W pakiecie dwie niewiasty. Mogę też mieszkać w jedynce pod jednym dachem z jakimś młodocianym nauczycielem angielskiego. Uff... Naprawdę, czasem lepiej gdy jest tylko jedno jedyne wyjście. A tak, nigdy nie wiadomo czy akurat ten wybór, który podejmiemy wyjdzie nam na zdrowie.
Na szczęście to chodzi tylko o mieszkanie. Gorzej, gdybym jutro miała stanąć przed wyborem tego jedynego... faceta!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Smakowało?