czwartek, 11 listopada 2010

Randka na kozetce

Ileż to razy, zaraz po zakończonej randce, myśleliście: "ten człowiek potrzebuje naprawdę drogiego psychiatry!". Albo sami czuliście się tak beznadziejnie, że najchętniej zadzwonilibyście po pogotowie psychologiczne... Fakt faktem, nasi randkowi partnerzy nie zawsze są okazami zdrowia psychicznego. W gruncie rzeczy, to tylko ludzie.

Ale żeby wykorzystywać nas jako tanią pomoc dla ukojenia bólu życia?

Cóż... Tak się składa, że randka, wbrew obiegowej opinii, nie zawsze służy znalezieniu naszej życiowej połówki. Wielu wystarczy bowiem znalezienie kogoś kto "wysłucha i zrozumie".
Sama padłam "ofiarą" naprawdę licznej rzeszy facetów, których właśnie rzuciła dziewczyna. Przy moim całym 1,50 wzrostu, służyłam im dzielnie swym silnym ramieniem, by mogli się wyżalić i wypłakać. Po 45 minutach mówiłam dość. Nie dlatego, że moja bluzka była mokra od łez. Tyle trwa normalna sesja psychoterapeutyczna.
Po jakimś czasie uświadomiłam sobie, że ten mój wolontariat nie bardzo służy memu kobiecemu ego, które domaga się raczej adoracji ze strony płci męskiej, nad matkowania im.
Poza tym, gdzieś pomiędzy trzecim, a czwartym poklepywaniu ich po ramieniu, zaczynałam odczuwać wrażenie, że chętnie by mnie schrupali jako nagrodę pocieszenia. Ja zaś wolę być nagrodą główną.

By nie wyjść w tych wywodach na totalną feministkę, pobiję się w pierś i dodam, że traktowanie randki jako sesji terapeutycznej zdarza się też dziewczynom. Na przykład, mi.

Zdarzyło się dwa lata temu. Poszłam na całość. To znaczy, umówiłam się z psychologiem. Nie na randkę. Na sesję terapeutyczną!
Jak tam trafiłam?
Jako domorosły psycholog potrzebowałam rady kwalifikowanego psychologa. A konkretnie, szukałam pomocy dla mojej bliskiej psiapsióły, która wpadła w niemałe tarapaty sama z sobą.
Po drugie, trafić do niego było nie łatwo... Jego prywatny gabinet ukryty był w bocznej uliczce, w ciemnym zaułku. Pokój mieści się w starej kamienicy, z wysokimi stropami. A zamiast na przysłowiowej kozetce, pacjent zasiada w wielkim fotelu, rodem z "Matrixa". Sam dr G. niczym nie odstraszał. Inaczej, przyciągał i pociągał. Był tak idealny, tak męski, tak seksowny, że jako jego superwizjer, zabroniłabym mu prowadzenia psychoterapii na pacjentach obojga płci, w wieku od 18-80 lat włącznie. Powinien być modelem, aktorem, no prędzej już piekarzem, ale nie psychologiem!
Gdy tylko zdałam sobie sprawę, że dobry Bóg pokierował mnie do drzwi tak pięknego (zewnętrznie i wewnętrznie) okaza płci brzydkiej, musiałam na poczekaniu zmyślić jakąś bajeczką, która związała by mnie z nim na co najmniej pół roku. Na szczęście był to czas, w którym po raz dziesiąty podchodziłam do egzaminu na prawo jazdy. To wystarczyło zarówno mi i jemu, by wpisać mnie na listę pacjentów dr G.
Mój cel była jasny i prosty - uwiedzenie. Nie wiem, czy mój apetyczny psychoterapeuta zakwalifikowywałby mnie z tego powodu jako dewiantkę, ale wszystko było mi jedno. Cel był warty oznaczenia mnie etykietką szaleńca. Istotnie musiałam być bardzo szalona, że co tydzień, w wtorkowy wieczór przemierzałam pociągiem godzinę, by przez 45 minut popatrzeć w te niebieskie jego oczy. Zaś po 45 minutach zapłacić 50 zł (z zniżką studencką). Tak, to były zdecydowanie najdroższe randki w moim życiu. Było warto! Co prawda prawka nie mam do dziś, ale poćwiczyłam sobie techniki niewerbalnej komunikacji erotycznej.
Wraz z kurczeniem się mojego stypendium naukowego, nikła moja namiętność. I tak oto romans na kozetce dobiegł końca.
Do dziś pytam samą siebie czy dr G. zauważył, że na wizyty przychodziłam zawsze pełna wigoru, z rozpuszczonymi włosami i rozkloszowanych spódniczkach? Nie wiem czy coś podejrzewał, ale nie zaproponował kontynuacji naszej realcji w innej konfiguracji, niż pacjent-pacjentka.

Od tamtego momentu minęło sporo czasu. Tymczasem kilka dni temu duch z przeszłości powrócił. Tym razem inny psycholog pragnął widzieć mnie nie jako obiekt cierpiący na kozetce, a jako kobietę.
W tamten wieczór wyszykowałam się jak niegdyś na wizytę do dr G. Były szpilki, zarzucony włos, zrobione oko... Tylko tego czegoś brak. O ironio losu! Podczas, gdy moja prawdziwa psychoterapia była nasycona intymną atmosferą i flirtem, moja obecna randka wyglądała jak idealne spotkanie terapeutyczne. Zero spojrzeń typu "mam ochotę cię zjeść, kawałek po kawałeczku, rozkoszując się każdym kęsem". Żadnych dwuznacznych pytań, ni odpowiedzi. Była herbata podana w wielkim kubku i kawa na ławę. Przedstawiłam mu fakty z mojego życia osobistego. Opowiedziałam o moim obecnym obiekcie westchnień i jego poprzednikach. O moich lękach i obawach. Podzieliłam się tym, co mnie trapi.  Ponarzekałam , że faceci to świnie. A na koniec usłyszałam życiową radę. W drodze powrotnej zdążyłam nawet uzyskać analizę mojego koszmaru z poprzedniej nocy. I za to wszystko nie zapłaciłam ani grosza. On płacił.

Na szczęście tamtej nocy nie przyśnił mi się żaden koszmar. Męczyłam się jednak potwornie przed zaśnięciem. W głowie kołatały mi się dziwne myśli. Czy ta "randka" miała być rewanżem na dr G., a może na wszystkich zranionych facetach, którzy żebrali o moje wysłuchanie? Czyż nie zachowałam się egoistycznie wykorzystując tą randkę jako darmową psychoterapię?

Nie wiem.

Dywagacje nad wymiarem terapeutycznym randek i ról jakie na nich odgrywamy pozostawiam uczonym psychologom. Najważniejsze, że to wreszcie ktoś mnie poklepał po plecach.

1 komentarz:

  1. Bardzo trafne przemyślenia apropo randki w stylu terapi psychologicznej! Musze przyznać, że mi również zdarzyło się być tą "ofiarą", ale byłam też i po drugiej stronie. Fakt faktem, że nie jest to do końca w porządku, ale obawiam się, że nasze czasy sprowadzają się do tego, że ktoś wykorzystuje nas, my następnych, a następni następnych... Ważne aby nie przesadzić ;)

    OdpowiedzUsuń

Smakowało?