wtorek, 9 listopada 2010

Idealny weekend

Na początku zawiadomienie, że ten wpis NIE będzie mówił o: pocałunkach w Paryżu, imprezach w Londynie, wylegiwaniu się na Karaibach, o wychodzeniu z łóżka przez trzy dni z rzędu też nie. Ani nawet o wygranej w totka.


Będzie o zupie rybnej. A generalnie to o GOTOWANIU. Miniony weekend należał do wyjątkowo udanych, bo spędziłam go w dużej mierze w kuchni, przy płomieniu pieca.
Pogodę mamy iście angielską, dlatego, tak jak zapowiedziałam, zaczniemy od rybki!

Przepis zdradziła mi moja Felicja. Przepis prosty, a zarazem bardzo oryginalny. Felicja jest artystką, a w gotowaniu kieruje się wrodzonym talentem do kompozycji ziołowych i zasadami kuchni Pięciu Przemian (choć nie jest ich niewolniczką). Nic dziwnego, że gotuje tak smakowicie!

Piątkowy wieczór. Tego dnia  byłam tak zmęczona, że zaraz po przyjściu z pracy padłam na łóżku jak długa. Nie pomogła duża kawa, ani żadne wizje pójścia na imprezę do miejsca, które wszyscy w mieście znają i tłumnie oblegają. Zastrzykiem energii okazał się dopiero telefon Feli. Umówiłyśmy się na wspólne gotowanie. Uzgodniłyśmy zupę dyniową. Niestety chyba wszystkie pomarańczowe banie poszły pod nóż dzieciaczków obchodzących przed tygodniem Halloween, bo nie mogłam znaleźć nigdzie ani jednej. Fela podsunęła wiec pomysł przygotowania swego specjału, czyli owej zupy rybnej. Przystałam na jej propozycję bez namysłu. Tak się składało, że jadłam zupę już wcześniej i koniecznie chciałam zdobyć przepis.Tym razem nie chciałam wystąpić tylko w roli degustatora, a ucznia.
Najpierw jednak Wraz z Felą ruszyłyśmy na zakupy, a następnie do jej Zajączkowego Babińca (czyli aktualnego miejsca zamieszkania).To zaś oznacza, że nie pozostaje mi nic innego, jak zapoznanie was z tajemną recepturą:

Przepis
Zacząć należy od wyboru sporych rozmiarów garnka. Dwie duże czerwone cebule kroimy na drobną kostkę i przysmażamy na maśle lub oleju właśnie w owym garnku. W tym czasie przyrządzamy rybkę. I tu uwaga - wystrzegamy się supermarketowych filetów, które w smaku przywodzą na myśl... nic, a ich faktura jest identyczna z fakturą filcu. Najlepiej w zupie smakują morskie ryby o wyrazistym smaku. Rybkę kroimy w średnie kawałki. Sowicie skrapiamy ją świeżo wyciśniętą cytryną i posypujemy sproszkowanym imbirem. Gdy wszystkie te świeże smaki przegryzą się z sobą, wrzucamy je do garnka z cebulką. Podczas, gdy ta dusi się wraz z rybą, my ubieramy ją w ulubione smaki i aromaty, dorzucamy sporo sproszkowanej słodkiej papryki, suszoną jarzynkę, majeranek, sól (!). Nie są złym pomysłem gotowe mieszanki przypraw. Ostrzegam jednak, że oryginalne połączenie cebuli, cytryny i imbiru samo w sobie nadaje charakter zupie Felicji.
Zaraz potem dorzucamy drobno skrojoną czerwoną paprykę.
By zupa była zupą, kolejnym naszym krokiem jest zalanie tego wszystkiego dużą ilością wody i dodanie puszki pomidorów. Niech to wszystko się zagotuje, a uczta będzie prawie gotowa!
Prawie robi różnicę, jak ludzkość dowiedziała się z pewnej reklamy telewizyjnej. I w tym wypadku ta zasada się sprawdza. Jeśli chodzi o ową zupę "kropką nad i", są tu chrupiące grzanki. Grzanki powstałe w bardzo nieskomplikowany sposób, a mianowicie: świeżą bagietkę należy pociachać na niewielkie talarki, posmarować odrobiną masła, przyprawić ziołami i smażyć chwilkę na rozgrzanej patelni.
Wszystko razem smakuje tak jesiennie, że każdy jest w stanie uwierzyć, że słotny i wietrzny listopadowy wieczór to najlepsza pora w ciągu całego roku!
Zupa cudownie smakuje i rozgrzewa. Przy akompaniamencie lampki półwytrawnego wina, wszyscy razem stwierdziliśmy, że być może to i nie majówka, ale nie jest złym pomysłem przeniesienie się na ogród. Ale to był dopiero początek tej nocy...


Sobotni ranek. Po wczorajszym obżarstwie, postanawiam dziś przystopować. Lekki post nie jest dla mnie problemem, bo uwielbiam dietę jabłkową. Na szczęście sezon jabłkowy nadal trwa!

W pracy chrupię więc jabłuszka na przemian z marchewką. Nie omieszkam na deser zjeść serka wiejskiego z miodem, urozmaiconego suszonymi daktylami wraz z pestkami dyni i słonecznika.
Post, nie post, obiad musi być. W związku z tym, że jest sobota ( a sobota to dzień niepospolity, w końcu wypada tylko raz w tygodniu hehehe) przygotowuję coś lekkiego, choć zarazem ekstra! Gdy przechadzam się alejkami ulubionego marketu ( którego nazwa nie ma nic wspólnego z owadami) mój wzrok pada na różowo-beżowe bulwy batatów. Nie nazwałabym siebie specjalistką od batatów. Proponuję łatwą, szybką i nieskomplikowaną wariację na ich temat. Może Wam zasmakuje?


Przepis
Bataty kroję w coś, co moglibyśmy nazwać "kostką". Wrzucamy na rozgrzaną patelnię (można smażyć na oleju, można dusić, jeśli nasz żołądek wczoraj naprawdę ucierpiał). Do tego dorzucam dwie średnie marchewki posiekane w plastry. Doprawiam solą czosnkową, majerankiem, gałką muszkatołową. Całość ma lekko słodkawy, korzenny posmak. Po wyłożeniu na talerz rozbijam do tego dwa jajka na miękko.


Zrobiło się naprawdę pomarańczowo! Czy muszę przypominać, że nie ma bardziej antydepresyjnego koloru, niż ten, który widzimy na załączonym obrazku?

Przed jedzeniem, zalecam kontemplować co najmniej trzy minuty! ;-)

Niedzielna feta.
Na szczęście niedziela jest tym upragnionym dniem tygodnia, w którym nie muszę się tłumaczyć z żadnych, nawet nieprzyzwoitych, ilości zjedzonej czekolady... A owszem, ta niedziela upłynęła mi pod znakiem czekolady. I to pod jaką smakowitą postacią... Tego dnia byłam umówiona z Maurycym na pieczenie ciasta Chocolatino. Choć to ciasto z, tzw. proszku, smakuje tak obłędnie, jak wskazuje na to jego apetyczna nazwa. W końcu, przecież chodzi o to, by piec z sercem. Nieważne czy z proszku i nie ważne, że pieczenie było przymusową częścią ankiety, w której brałam udział. W wyrób Chocolatino włożyłam sporo gorących uczuć, jak też sporo nadwyżkowej czekolady. Nie wiem, co było lepsze- zlizywanie resztek z miski, w której przyrządzałam to pyszności, czy samo, gorące jeszcze, ciasto. Puszyste, wilgotne i głęboko czekoladowe. Mmm....Wszystkie moje i Maurycego "Ochy" i "Achy" mogły posłużyć jako nienaganny podkład do filmu erotycznego.




Ciasto tylko rozbudziło naszą fantazję... kulinarną.
Przy obiedzie puściliśmy wodzę wyobraźni. I tak oto przyrządziliśmy rydze na maśle z czymś, co nazwałabym bezami ziemniaczanymi. Kwestię rydzów załatwię  jednym zdaniem: rydze (posiekane; prezent od rasowego grzybiarza) wrzucamy na skwierczące wesoło masełko, wraz z posiekaną cebulą, doprawiamy solą i pieprzem. Ziemniaczanym bezom, jako eksperymentowi kulinarnemu Maurycego, należą się co najmniej dwa zdania i oklaski!



Przepis
Ugotowane ziemniaki (sztuk ok. 6) przeciskamy przez praskę, blenderujemy lub też ( jak było w tym wypadku) maltretujemy je tłuczkiem. Doprawiamy ziołami prowansalskimi, wbijamy jajo i dodajemy pół szklanki mleka. Masa ma być puszysta, jak chmury w wyobrażeniach dzieciaczków. Używając stołowej łyżki, formujemy małe, krągłe bezy. Kładziemy je, najlepiej, na papierze piekarniczym i zapiekamy ok. 10-15 min w wysokiej temperaturze (ok. 200 stopni). Tak, by z wierzchu były lekko przyrumienione.
Następnie zjadamy je w towarzystwie rydzów oraz przyjaciela. Miłym zwieńczeniem tej uczty zmysłów jest zmysłowy, dobry film w tle, taki jak "Niezasłane łóżka".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Smakowało?