środa, 3 listopada 2010

Na starym cmentarzu o nowym życiu

I oto nagle nadszedł 1 listopada. Moja radość była wielka! Co z tego, że to niby takie smutne i melancholijne obchody. Co z tego, że wszystko krąży wokół tematu śmierci. W końcu święto! A jak święta to pakuję manatki i jadę na wieś, do rodziny!
W domu po staremu. To znaczy dobrze. Tylko mój pokój zamienił się w jedną wielką graciarnię... Cóż, już tu nie mieszkam. Starsza siostra postanowiła wykorzystać ten nieużywany skrawek domu jako dodatkową szafę, w której składuje nowe pary trzewików. Kolekcja rośnie w siłę. To taka drobna obsesja mojej Siostry.
Pomimo niewygody jaką mi przysparza, stwierdzam, że są gorsze obsesje. Na przykład moja Mama nabyła obsesję pytania mnie o moje życie uczuciowe. Gdy tylko wszyscy opuścili kuchnię i zostałam sama z górą naczyń, Mama wykorzystała okazję i bez owijania w bawełnę poczęła pytać jak poszła mi ostatnia randka. Pytanie zadała z taką naturalnością, że nawet nie przyszło mi do głowy zagaić, skąd wie, że miałam jakąkolwiek randkę. "Fajnie" - rzuciłam na odczepnego, ale Mama nie dała za wygraną. Chciała wiedzieć wszystko.
Jakby przesłuchiwań było mało, do Mamy wkrótce dołączył i Tato.Wierzcie mi, ja też robiłam wielkie oczy. Moi rodzice nie zawsze traktowali moje życie jak kolorowy magazyn z plotkami typu "kto?", "z kim?" i "kiedy wesele".
Dopiero na drugi dzień ich rozgryzłam. Tak naprawdę chodzi o obsesję wnuka. Oni chcą mieć do rozpieszczania małego szkraba. Ja, w wyniku udanej randki, mam go tylko dostarczyć. Czemu ja? Przecież mam Starszą Siostrę, nadto i Starszego Brata, żonatego od sześciu lat!!! Niechby oni wzięli się do pracy. A może chodzi o to, że ja już "mam" swoje dzieci w postaci podopiecznych, którym niańkuję? Okej, z dzieciaczkami dogaduję się bezproblemowo, ale to nie znaczy, że jedyne, o czym śnię, to wielki brzuch z dzidzią w środku. Kinder-niespodzianka, inaczej mówiąc.
O Kinder-niespodziance to marzyłam, jeżdżąc z mamą do Tesco, w wieku lat 10.
Teraz jest nieco inaczej. Lat mam trochę więcej. Konkretnie 24. Idealny wiek do wydania potomstwa. Taka jest opinia wyroczni, rodziców, znaczy się. Skąd taka liczba przyszła im do głowy? Mama urodziła mnie także, gdy liczyła lat 24. To wystarczy. Wyrok zapadł. Szkoda tylko, że pozostało mi tak niewiele czasu do jego realizacji. Dokładnie tydzień. Owszem, zajście w ciążę w tydzień, ba!, nawet w jeden dzień wcale nie należy do rzeczy niewykonalnych. Wiatropylna nie jestem. Nie rozmnażam się też przez pączkowanie, ani podział plechy. Podkreślam, należę do homo sapiens. To oznacza, że potrzebuję partnera płci przeciwnej. Gorzej jednak, jeśli ma się jako takie wymagania co, do dawcy nasienia.  A dawcę nasienia wolałabym nazywać "ojcem mego dziecka", w śmiałych marzeniach również i "moim mężem". To zaś mocno zobowiązuje. Ani w jeden dzień, ani w tydzień go nie znajdę. W rok trudno mi uwierzyć. Przecież szukałam 24 lata... A może to znaczy, że pisany mi los samotnej matki? Nie... Za wygodna jestem. No i tak bardzo rozczula mnie widok faceta trzymającego malutkie dzieciątko. Ach, jak się rozmarzyłam, widząc narzeczonego kuzynki, z ich półrocznym bobasem na ramionach.
Nika jest rok młodsza ode mnie. I już jest matką. Z resztą nie jedyną młodą mamą w moim rodzinnym gronie. Drugie dziecko urodziła niedawno inna kuzynka, ledwie dwa lata starsza ode mnie i trochę starsza żona brata taty ( tylko nie pytajcie mnie jak ją powinnam nazywać według ustaleń prawa...). Jeszcze inna kuzynka ( w tym samym magicznym wieku, lat 24, co i ja) parę miesięcy temu ogłosiła radosną wieść, że jest w ciąży. Dokładnie po tym, jak jej lekarz ginekolog obwieścił, że prawdopodobnie nigdy nie usłyszy tupotu małych stóp. Również i Bratowa ogłosiła oficjalnie, że otwarli z moim bratem sezon porządnego starania się o dzieciątko. Póki co, zaadaptowali małe, puszyste, słodkie kociątko.
To tylko tyle, jeśli chodzi o najbliższą familię.
Na palcach jednej dłoni mogę zliczyć, ile dziewczyn z mojej licealnej klasy NIE JEST W CIĄŻY. Nie mówiąc już o odchowanych latoroślach moich rówieśniczek z klas gimnazjalnych.
Wygląda na to, że jako nie-mama jestem w grupie niszowej. I czuję się z tym odkryciem nieco dziwnie. Zwyczajnie nie zauważyłam, że rzeczywiście weszłam w wiek, w którym wiele kobiet zaczyna starać się o maleństwo. Czyżby Mama się nie myliła?
Oczyma wyobraźni zaczynam widzieć siebie z krągłym jak dynia brzuchem, a potem z wózkiem, przechadzająca się po ulubionym parku.Z zdumieniem odkrywam, że taka wizja wcale nie jest zła. Wkrótce bowiem w mojej głowie maluje się obraz mnie samej z dwójkę, nie trój... czwór... zaraz, zaraz... z piątką maluchów!?
Oj, coś za żywa ta moja wyobraźnia, jak na ten czas i miejsce. Jest nadal 1 listopada. Dzień chyli się ku zachodowi, a świat ogarnia mrok. Przechadzam się pomiędzy nagrobkami starego cmentarza. Nie jest to najlepsze miejsce na zadumę o życiu. Jeszcze bardziej nietrafione okazuje się, jeśli chodzi o poszukiwanie faceta. Sami sztywniacy!

1 komentarz:

Smakowało?