piątek, 15 października 2010

Warto chorować

Wczoraj, po powrocie do domu zaczęłam się głęboko zastanawiać nad tym, czy sprawką mojego przeziębienia nie było przypadkiem właśnie Ono, moje mieszkanie. Wiem, co sobie teraz myślicie, ale daję słowo, to co piszę, to nie gorączkowe majaki... Moje mieszkanie, odkąd tu mieszkam, jeszcze nigdy nie było tak czyste. A to właśnie przez chorobą zmuszona byłam zostać w czterech ścianach. I o tak, z nudów zajęłam się drobnymi porządkami. Efekt był wielki.
Coś też poukładało się we mnie.
Gdy człowiek leży 12 godzin bezczynnie w łóżku wiele się może w nim wydarzyć. Gdy rzeczywiście trawiła mnie dość wysoka gorączka i nachodziły mnie dziwaczne pomysły, wspomnienia, refleksje, odkryłam, jak wiele tam, w moim umyśle się dzieje. Jak wiele więcej, niż sobie na co dzień uświadamiam. Te niepoukładane myśli wołały o moją uwagę, tak jak porozrzucane po podłodze skarpetki (cholera, czyżbym zamieniała się w faceta?!) oraz niewyniesione śmieci (i do tego faceta stereotypowego!!!).

O dziwo, nawet kran zamiast nosa przyniósł korzyści.
Wpierw jednak, kran zamiast nosa przyniósł mi też najwięcej bólu. Zabrał mi jedzenie i gotowanie. Zupełnie straciłam powonienie, a wraz z nim odeszły smak i apetyt. Byłam zdruzgotana. Jadłam surowy czosnek i przegryzałam surowym imbirem, wszędzie dodawałam tony pieprzu cayenne. Wszystko na nic. Nie czułam nic... Wraz z apetytem na jedzonko, pożegnał mnie apetyt na wiele innych przyjemności i czynności.
Postawiłam na spanie i proste żarełko inspirowane dietą pustelników wczesnochrześcijańskich...
Dlatego, że nos mi odmówił współpracy przy doborze jedzonka, musiałam włożyć szczególny wysiłek we wczuwanie się w własne potrzeby. Czego tak naprawdę chcę, czego potrzebuję. Toż to pytania metafizyczne!
Ta lekcja była niezastąpiona. Z zdumieniem odkryłam bowiem, że chcę czegoś zupełnie innego, niż to, o co bym siebie posądzała. Wierzcie mi lub nie, ale z największym smakiem zajadałam się, na przykład, duszoną marchwią i cebulą jako moim obiadem. Palce lizać! Nie potrzebowałam nawet żadnego deseru.

Teraz wiem, że całkiem mądrze jest czasem stracić cały apetyt, by następnie na nowo odkryć, że się go w ogóle ma. I to w wielu różnych odsłonach. Super.

Na koniec... nie chcę Wam życzyć "Chorujcie ile wlezie!", ale... Chorujcie, na zdrowie! ;-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Smakowało?