czwartek, 14 października 2010

Na jesień dobrze jest się zakochać

Maj jest miesiącem zakochanych, kiedy to wraz z wybuchem wiosny, wraz z kwiatami, rozkwitają ludzkie namiętności i uczucia. Co ciekawe, dzień zakochanych wypada w chłodnym i nijakim lutym, dokładnie 14, w dzień św. Walentego, dalej zwanym Walentynkami. Nie wiem ile ten dzień faktycznie ma wspólnego z amorami, w każdym razie, dam głowę, że niejedna para sprawia, że lutowe mrozy wtedy topnieją. Najwięcej wesel wypada podobno w miesiącu sierpniu. Bo dźwięczne "r" ma sprawić, że będą żyli "długo i szczęśliwie". Nie pytajcie mnie dlaczego, nie jestem filologiem, ni kulturoznawcą, nadto nie wierzę w zabobony. Do tej ciekawej analizy, dorzucę jeszcze fakt, że zgodnie z statystykami najwięcej dzieci poczyna się w grudniu. Jak twierdzą internauci: "jak to dlaczego? Wiadomo, że w zimie ludziom się nudzi".

Tymczasem ja coraz bardziej jestem przekonana, że niekwestionowanym miesiącem miłości powinien zostać obwołany październik. I nie jestem w tej opinii odosobniona.
"Och, jak bardzo bym chciała się na jesień zakochać" - wita mnie kumpela, zastępującą mnie w sklepiku, w związku z moją chorobą. 
To samo powtarza mi Maurycy, gdy przychodzi mnie zmienić po paru godzinach: "Jak dobrze by było się zakochać i nic nie robić".
Fela nie tylko mówi o tym, ale postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i proponuje  upatrzonemu facetowi randkę. Jestem z niej dumna.
W innym mieście, jedna z bliskich memu sercu par, schodzi się z sobą. Wreszcie, rozstawali się w przeciągu ostatniego roku częściej, niż ja podchodziłam do egzaminu prawo jazdy (a podchodziłam naprawdę często!).
W drodze do warzywniaka, nagle przypomina mi się, że z moim pierwszym chłopakiem poznaliśmy się właśnie, gdy liście zaczęły się złocić. Do teraz trzymam zasuszonego liścia z tamtego okresu z imieniem, które niegdyś wprawiało moje serce w stan przedzawałowy.
Kiedy Brat wpada do miasta i umawiamy się z sobą na przysłowiowego kebaba, który okazuje się deserem malinowym, nie mówimy o niczym innym jak o jego kłopotach sercowych. Zrobiłby wszystko, by znowu być z swoją miłością.
Nie muszę być nim, by wiedzieć jak to boli. To problem jego życia nr 1. Jak dobrze.
Naprawdę jest coś optymistycznego, jeśli ludzie tak cierpią z miłości. To dobrze świadczy o gatunku ludzkim. Jeśli w hierarchii naszych potrzeb bycie z kimś stoi wyżej nad potrzebą posiadania zgrabnego tyłka, albo jeżdżenia szybką furą, albo też obejrzeniem wszystkich serii "Dr House'a", to rzeczywiście nie jest z nami tak źle.

Każdy czas jest odpowiedni, by się zakochać.Jest jednak coś szczególnego w jesieni, co sprawia, że jest ona idealną porą na miłosne uniesienia. Cóż bowiem jest bardziej rozgrzewającego w październikowe chłody, niż nowa miłość? W czasie, kiedy większość z nas atakuje zespół depresji sezonowej, nie ma lepszego sposobu nad uchronieniem się od niej, jak motyle w brzuchu. Podobnie ma się rzecz z odpornością ludzkiego organizmu. Zostało naukowo udowodnione, że wszelkie pocałunki i pieszczoty powodują wzrost odporności. Oszczędzamy naszą kieszeń i wątrobę od efektów ubocznych wszystkich gripexów, ibupromów i innych takich.
Mniej chorujemy, bo nie w głowie nam takie bzdury. Poczucie, że poznało się kogoś wyjątkowego i samemu jest się wyjątkowym dla tego kogoś, skutecznie pozbawia nas wewnętrznego "dziada". A kiedy jesteśmy zakochani, świat wydaję się jak spódniczka tancerki flamenco - kolorowy, ognisty, wirujący. I cała jesień jest taka. Nie ma powodu do narzekania i uciekania w ciepłe krainy.
Jesień jest też idealna na długie spacery, z zbieraniem kasztanów, obrzucaniem się liśćmi. Wszystko to zakończone wspólnie wypitym grzańcem albo herbatką z prądem. Nawet, gdy za oknami leje, aura sprzyja oglądaniu romantycznych filmów. Horrorów też, bo można się schować za ramieniem wybranka.
W tym momencie zastrzegam, że nie wysilam się do sięgania po romansidła, jako skarbnicy moich pomysłów. Jesień te pomysły "dla dwojga" podsuwa sama.

Jeśli jeszcze nie jesteście przekonani do mojej teorii, śpieszcie do parku. Spójrzcie na tańczące na wietrze liście. Czyż nie przypominają swym kształtem do złudzenia serca?



Dlaczego jeszcze warto się zakochać na jesień?
Otóż, jeśli zaczniemy randkować z kimś w październiku, możemy być pewni, że kolejnych walentynek nie spędzimy zajadając się w samotności czekoladowymi sercami. Wręcz przeciwnie, będą one stanowić preludium do prawdziwej historii miłosnej. W maju, w rozkosznym ogrodzie pachnącym bzem, odbędą się zaręczyny, w sierpniu ślub i huczne wesele pod gwieździstym niebem, a w grudniu, kto wie, może przy rozpalonym kominku, rozpali się namiętność, która sprawi, że za dziewięć miesięcy pojawi się nowe życie.
Tak, wyglądałaby jesienna idealna opowieść miłosna. Idealna, według statystyk ;-)
Niech Wasza idealna opowieść będzie.. Wasza, to znaczy poprowadzona według nieprzewidywalnego i wyjątkowego scenariusza Waszego życia. Niech zakończenie będzie na początku, a namiętność wybucha w najmniej oczekiwanym momencie. Niech ta opowieść nie kieruje się żadnymi statystkami, ani logiką w ogóle. Niech będzie jednak szczęśliwa, odwzajemniona, mimo wszystko, z happy endem ;-)
Tego życzę Wam dzisiejszego październikowego wieczoru, samotnie zajadając się szpinakiem z czosnkiem. I myśląc o tym Jedynym...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Smakowało?