poniedziałek, 18 października 2010

Moralne, niemoralne, moralne, niemoralne... moralne?

Ostatnimi czasy Maurycy naprawdę nie może narzekać na powodzenie. Propozycje randek sypią się i to z różnych zakątków naszego  kraju. Nie musi nawet szukać potencjalnych kandydatów, bo oni sami go wyszukują. Sytuacja zdaje się być idealna. To dlaczego Maurycego trapią wątpliwości?
Czy umawianie się z kilkoma osobami naraz jest etyczne? 
– pyta mnie Maurycy, gdy zjawiam się w pracy. 

By mu odpowiedzieć, muszę wpierw zapytać sama siebie. Tak się bowiem składa, że dzielimy z Maurycym ten sam randkowy schemat. Nie mamy stałego partnera… randkowego.
Moja lista facetów, z którymi randkowałam przez ostatnie pół roku jest nader długa. Czy to znaczy, że obchodzę się z ludźmi, jak z szybko nudzącymi mnie zabawkami? W myślach zaczynam szybko siebie bronić. Nie! To nie tak! Ja po prostu szukam „Tego Jedynego”.  A to wymaga wyczerpujących poszukiwań i badań terenowych. „Ten Jedyny” to przecież nie pierwszy lepszy z brzegu. Gdybym zaś zatrzymała swoje miłosne wojaże na pierwszej randce, stwierdzając, że to właśnie ten absztyfikant jest „Tym Jedynym”, prawdopodobnie byłabym teraz żoną faceta, którego największą pasją jest czytanie serii „Star Trek”. Raczej smutnawa wizja, nie sądzicie?
Czy nie jest jednak tak, że spotykając się z jednym z naszych randkowiczów, nie oszukujemy całej reszty potencjalnych kandydatów?
I tu sytuacja nieco się komplikuje… By ją uprościć potrzeba sporo szczerości, odrobiny odwagi i szczyptę tupetu. Innymi słowy – trzeba przedstawić sytuację jasno i wyjawić nasze zamiary wobec randkowicza. Być może w niektórych przypadkach stracimy, w innych zaś zyskamy na przychylności absztyfikanta. Wobec stwierdzenia, że spotykamy się z kimś jeszcze musimy się liczyć z ryzykiem, że romantyczna atmosfera zniknie jak czekoladowy tort w lodówce łasucha. W każdym razie pozbędziemy się chmary wątpliwości, czy wciąż jeszcze jesteśmy w porządku wobec ludzkości.
Randkowanie na prawo i lewo nie tyle jest nie moralne, co nawet wskazane
Taka jest moja odpowiedź. Maurycy zgadza się ze mną.
Nie demonizujmy. Randka to tylko randka. Wspólnie wypita kawa. Wspólnie obejrzany film. Miła pogawędka, zwana flirtem, która obojgu (z zasady) powinna nieco podnieść poczucie własnej wartości.
Pewna swego, u schyłku tamtego dnia, w którym odbyłam z Maurycym moralny sąd nad nami samymi, zasypiałam snem sprawiedliwego.
Najwidoczniej moja podświadomość, wcale nie myślała o mnie jako o sprawiedliwej. Tamtej nocy przyśnił mi się wielce znaczący sen…

W moim śnie brałam prysznic. W łaźni publicznej. W koedukacyjnej łaźni publicznej. 
Gdy tylko pospiesznie i beztrosko zrzuciłam odzienie wierzchnie (pamiętajcie, to tylko sen!!!) ujrzałam, że pod dwoma natryskami stoi dwóch panów. Jeden bardzo przystojny. Taki, co to bez ukłucia wpada w oko. I drugi, którego nie widziałam. Był też trzeci natrysk. Pusty. Miałam wielką ochotę dołączyć do przystojniaka. Ale wiedziałam, że jeśli to uczynię, nigdy nie dowiem się, kto ukrywa się w pozostałej kabinie. Dobrze wiedziałam, co się stanie,  jeśli dołączę do przystojniaka. Zachłanna jednak i innych wrażeń, zdecydowałam się na ten trzeci natrysk. Gdy tak się namydlałam, nagle ktoś wyciągnął do mnie rękę. Wielką, chudą i długą. To ten pan, którego byłam ciekawa. Pan? To jakiś potwór! Człowiek-pająk! Nie żaden tam seksowny Spider-man, ale istny mutant! Aaaaaaaaaaaaaa!!! !!! !!! On chce mnie pożreć!
Byłam w pułapce…

Bawiąc się w ojczulka Freuda i analizując mój sen, wiem jedno: bałam się dołączyć do przystojniaka, bo to oznaczałoby pewien stopień zaangażowania. Czyżbym aż tak sobie ceniła swoja wolność? Czyżby się lękała poważnego związku?
Wiem też i drugie: bez względu na to,  czy randkowanie z kilkoma osobami naraz jest moralnie naganne, czy nie, bywa niebezpieczne.
Nie angażując się z nikim na serio, być może i mamy wolność spotykania się każdego wieczoru z inną postacią. Być może któregoś dnia będzie za późno, by z tej całej góry ciastek wybrać to jedno, najsmaczniejsze? Być może zostanie już tylko ten najmniej lubiany przez nas rodzaj? 



Po ostatniej refleksji w moich ustach pozostaje raczej gorzkawy smak... Dochodzi północ. Idę ukroić sobie kawałek cytrynowego ciasta.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Smakowało?