czwartek, 21 października 2010

Jesienne pogaduchy

O czym rozmawiają cztery przyjaciółki, które nie widziały się całe lata świetlne?
Oczywiście, że o facetach!
I to nie byle jakich,ale o TYCH właśnie. Okazuje się, że przez parę ostatnich miesięcy wiele się zmieniło w życiu, jak dotąd, zatwardziałych singielek. Niczym byłyby jednak te jesienne ploteczki, bez cofnięcia się w czasie. I to o jakieś dwadzieścia lat...

Lesiów. Jak każdego roku, nadchodzi 1 Września. Pierwszy raz w życiu czterech mieszkanek tego urokliwego zakątka, nadchodzi 1 dzień szkoły. Wtedy to cztery przestraszone Lesiowianki odkrywają siłę przyjaźni. Tym bardziej, że pani Przedszkolanka nie wzbudza bynajmniej minimum zaufania.Muszą trzymać się razem.
Pani, która przywołuje na myśl horrory klasy B, w których straszą stereotypowe postacie takie jak: clowny, dentystki, laleczki i piranie, nie ma z Lesiowiankami szans.
Dziewczynki mają w nosie żądania Ministerstwa Oświaty, słowo "powinnaś" i "musisz", a najbardziej chłopaków. Nie osiągając wieku lat 7, zaczynają mieć alergię na płeć przeciwną, z czym obnoszą się dumnie wszem i wobec.
Gdy stają się absolwentkami klasy 0. i zaczynają się piąć po szczeblach Szkoły Podstawowej, zawierają pakt - nigdy żadnych facetów. Trwają silnie przy swoim. Wiedzą, czego chcą. Zatem nie w głowie im randki, kiedy z zaciekłą pasją oddają się nauce i różnym innym, kontrowersyjnym zajęciom niemającym z nauką nic wspólnego, takim jak naśladowanie Spice Girls oraz wywoływanie duchów. Najulubieńszym z ulubionych zajęć dziewczyn stają się wspólne spotkania. Pogaduchy.

Okres gimnazjum łamie pierwsze z Lesiowianek. Babski pakiet zaczyna tracić członkinie. Kradną je faceci. Tylko niezłomna czwórka nie zmienia statusu singielek.

Mijają miesiące i lata. Po rozejściu się każda w swoją stronę, wspólne pogaduchy zaczynają należeć do rzadkości, a w końcu stają się częścią przeszłości.

Na nowo łączy je... jedzenie.

Gdy pod koniec studiów wpadają na siebie przypadkiem w Lesiowie, nie mają innego wyboru, jak nadrobić całe wieki nie wymieniania się plotami. Pretekstem był nowojorski sernik. Obfitość jedzenia odpowiadała obfitości newsów. Każda z starych przyjaciółek przynosi smakołyk własnoręcznej roboty i historie z swego studenckiego życia. Uczta jest wyborna! Tym spotkaniem zostaje zapoczątkowana reaktywacja dawnej przyjaźni, tym razem pod nazwą Lesiowe Delicje. Delektowanie się  pysznym jedzeniem domowej roboty, przeplatane jest pikanterią szczegółów życia osobistego. Tak jak kiedyś od mężczyzn stroniły, nawet w rozmowach, tak teraz nie mogły się od nich odpędzić. Faceci byli non stop na ich ustach.


Ale myliłby się ten, kto sądziłby, że to faceci zaczęli od tej pory nadawać smak życiu Delicji. Nie, oni je tylko ubarwiają.
Do czasu uzyskania sympatycznego tytułu "mgr" przed nazwiskiem, życie Delicji było barwne, choć nie zawsze skąpane tylko w pastelach.


Nie mniej barwne stało się po uzyskaniu wyżej wspomnianego tytułu, choć tytuł ten wcale nie miał większego na to wpływu. Hmm... Mieli za to... faceci! ;-)


Niniejszym obwieszczam, że dotarliśmy do chwili obecnej. Do wieczoru, w którym wszystkie cztery Delicje, szczęśliwym trafem, przybyły do Lesiowa. Gdy zasiadły do suto zaś stołu Temat był tylko jeden: o tym jedynym.  Rozmowie zaś  nie było końca. Rozmowa o tym Jedynym zawsze jest  wyjątkowa. Nigdy nie jest dość szczegółów, uwag, dodatkowych pytań przyjaciółek. Każda historia poznania Jedynego godna jest oddzielnego posta ;-) a co dopiero kiedy ich dwoje zamierza się pobrać? Uff... Szykuje się pisanie książki!
Jedna z Delicji faktycznie ekscytuje nas (i siebie!) wiadomością o swym zamążpójściu. Druga, chwali się  swym angielskim boyfriendem. Cudownie jest ich widzieć!  Właśnie przechodzą pierwszy etap związku- zakochanie. Trzecia wśród Delicji z nieskrywaną radością opowiada o ideale, którego spotkała wbrew wszelkim prawdopodobieństwo i wbrew sobie. Była najbardziej zagorzałą singielką w tym gronie.

Nie wiem jak bardzo zdeklarowaną singielką wśród Delicji jestem ja sama, ale wygląda na to, że jestem... jedyną.


Przez cały wieczór przysłuchiwałam się tym pogaduchom z szczerym zainteresowaniem. Cieszę się szczęściem przyjaciółek. Mimo wszystko, gdy minęła północ i Delicje rozeszły się do swoich domów, ja siedziałam nadal przy stole. Sama. Jak ta Bridgett Jones. A żeby dopełnić porównania, napiszę jeszcze, że zaczęłam szlochać.
Jedyna Delicjowa singielka zadawała sobie tylko jedno pytanie - gdzież, cholera jasna, ten Jedyny?

2 komentarze:

  1. Już niedługo przybędzie;) Trzeba tylko wytrwale czekać na tego Jedynego, Księcia z bajki, i uważać, by nie umknął nam gdzieś wśród codzienności...

    OdpowiedzUsuń
  2. Lesiowo, Delicje... cztam to wszystko z rumiencami na twarzy. A Jedyny sie pojawi... w najbardziej nieoczekiwanym momencie. I zaloze sie ze to on Cie znajdzie! :))

    OdpowiedzUsuń

Smakowało?