piątek, 24 września 2010

Trzy lekcje

Mam do wyłożenia kilka ważkich tematów i do podzielenia się kilkoma ratującymi życie radami. Do rzeczy :) 
 
Po pierwsze : KAŻDY FACET COŚ DOBREGO DAJE
Godzin a 6.00. Pobudka. Z starej, zimnej kamienicy wychodzi para. On, wysoki, w kapeluszu. Elegancki, ale z własnym, wyszukanym stylem. Ona drobna, niska, z rozwianym włosem. Żegnają się na najbliższym skrzyżowaniu, cmokając się uroczo w policzki. Właśnie skończyła się ich randka. Jeśli masz, droga czytelniczko ( względnie czytelniku) przed sobą wizję landrynkowej, schematycznej randki w szczęśliwych barwach „M jak miłość”, to Cię rozczaruję… Z resztą, to było tak…
Zaczęło się poprzedniego wieczoru. Miał wpaść do niej po szalik, którym otulił jej szyję na jednej imprezie, kiedy się poznali. Skończyło się u niego, na oglądaniu filmów. Tylko na oglądaniu filmów. Pomiędzy piciem gorącej czekolady, a spacerem do jego domu zorientowała się – chwała Bogu! – że to nie ten… Szybko i bez boleśnie. No, może trochę żalu pozostało, bo On rokował dobrze. Odważnie dobrane kolory ciuchów, świetna znajomość nie tylko tytułów filmów, ale – rzecz rzadka – także i aktorów, a nawet reżyserów. Stara prawda, ukuta sama nie wiem przez kogo, powiada jednak, że aby poznać człowieka, nie tylko należy spojrzeć mu głęboko w oczy przy pełnym świetle, ale zajrzeć do jego czterech ścian.
U Niego w mieszkaniu było zimno. I on był zimny. Puste mieszkanie, ciemny pokój, dwa ciała skulone obok siebie na miękkim łóżku… Brzmi romantycznie? No właśnie, tylko brzmi. Romantyzmu chyba więcej jest w „Ludziach bezdomnych”, niż w wyobrażeniu o byciu razem tego mężczyzny. Biedny on… pracoholizm wyzbył go pojęcia o tym, że kobiet a potrzebuje czułego słowa, bardziej nawet niż czułego dotyku. Potrzebuje niepodzielnej uwagi. I adoracji. I uwodzenia. I rozpieszczania. Przynajmniej na randce obowiązkowe jest to wysilenie się.
W tym wypadku trafne zdaje się użycie sformułowania nie „trafił swój na swego”. Choć mamy bowiem podobny gust filmowy,  rozmowa nie kleiła się. I raczej by się nie kleiła, nawet gdyby użyć kleju superglue.
A mimo to o 6.00 Ona była zadowolona i dumna.
Zadowolona, bo dzięki tej randce i dzięki temu panu dowiedział się wielu nowych i istotnych rzeczy. By trafić w końcu na TEGO, pomocne jest określenie naszych preferencji, co do tego, kogo chcemy, ale w tym samym stopniu kogo NIE chcemy. I tu z pomocą przychodzą wszyscy ci, których zazwyczaj odpychamy po pierwszych trzech zamienionych słowach. A jak się okazuje wszystkie te rozczarowania są nieocenionym źródłem samopoznania.
Dzięki tamtej randce ona nauczyła się, że nie chce kogoś, kto się nią za grosz nie interesuje, kto nie potrafi z siebie zrobić błazna, kto nie ma nic, absolutnie nic w lodówce, kto nie pyta ją czego ona chce i czego się boi i gdzie była.
Nie chce kogoś takiego, kto staje się kimś rozluźnionym i zabawnym dopiero po sporej dawce napojów wyskokowych.
Najważniejsze: nie wystarczy, że ktoś ma oczy jak Jared Leto, ma własne mieszkanie, nie dba czy płaci za obiad 100, czy 200 zeta i świetnie całuje. Niby proste, ale wierzcie Jej – nic tak nie wpaja tej lekcji jak przećwiczenie jej na własnej skórze ;) 

Po drugie: SIŁA ZJEDNOCZONYCH JAJNIKÓW
Początek nowego tygodnia, a ja już padam ze zmęczenia. Mimo to o 20.00, po odczytaniu wiadomości na Facebooku, ładuję do plecaka laptopa, popcorn i mknę na Różowej Strzale do Lepianki. Lepianka to mieszkanie Uli. Ula, autorka tego całego zamieszania, zaprosiła mnie i kilka innych dziewcząt z naszej paczki n na wieczór filmowy z „Śniadaniem u Tiffany’ego”. Jak tu nie odmówić. Nawet jak nazajutrz otwieram sklepik o 6.30.
Byłam pierwsza. Ulka właśnie przypaliła pierwszą porcję popcornu. Zabrałyśmy się z smakiem. Nie mniejszym, niż do czerwonego wina. Pozostałych pań wciąż nie było, tymczasem my z coraz większą pasją i otwartością penetrowałyśmy świat naszych pierwszych miłości. W końcu pojawiły się Marynia i Natka. Bez większego zdziwienia i zbędnych pytań „co z filmem” wzięły swoje kieliszki w dłonie i zrazu włączyły się w dyskusję. Było cudownie. Oto był relaks, jakiego nawet w śmiałych marzeniach nie oczekiwałam. Ulga przyszła nie przez bezwzględne nazwanie pewnych typów po imieniu i zbluzganie pewnych typów zachowań. Ukojeniem było odkrycie, że są na świecie takie istoty, które myślą tak jak ja, które czują tak jak ja, które mają te same potrzeby, co ja. Na świecie są KOBIETY, kobiety takie jak ja. Cudowne odkrycie!
P.S. Dziękuję wszystkim uczestniczkom wieczoru za zainspirowanie mnie do spisania nowych wątków na owym blogu.
Po trzecie: HORMONY
Jeśli pytacie same siebie, kto obecnie dzierży władzę nad naszym postmodernistycznym światem, to powiem wam, że nie jest to wcale pieniądz, ani seks, ani też czekolada… Są to kobiece hormony. Posłuchajcie, nim parskniecie śmiechem…
Wtorkowe popołudnie, mimo końcówki września, żar leje się z nieba. Jestem obładowana, bo właśnie spełniam się jako niania. Tak, dorabiam w bardzo modny ostatnimi czasy sposób, to jest opiekując się pięcioletnią Hanią. Hania nie rozstaje się z dwoma pluszakami, plecakiem, książeczką z nalepkami. Ja mam trzy ciężkie torby (ech, te książki, te jedzenie, te zakupy…) i rower. Mkniemy z Hanią na lekcje baletu. Wtem dzwoni Siostra. Jako że siostra to ktoś, kto stoi w mojej hierarchii wyżej (i to jak!) od Papieża, odbieram. Głos jak ledwie tężejąca galaretka po terminie. „Houston we have a problem”.  Trzeba pogadać! Umawiamy się na wieczór na Facebooka.
Godzina 21.00. Nie mogę zejść na dół z właścicielką mojego mieszkania zobaczyć, gdzie mam składać rower. Jestem umówiona na bardzo ważną i bardzo przyjemną randkę. Z moją Siostrą.
Nieważne, że Siostra jest Starszą Siostrą. Wymieniamy się tą rolą w zależności od dnia, potrzeb i humoru. A czasami, żeby jedna zrobić na złość drugiej. Tym razem to ja miałam być tą, która mądrze, radzi, udziela ramienia do wypłakania i pokazuje, że koniec świata, mimo wszystko, jest wizją dość odległą od tego, co przeżywa Młodsza Siostra.
W związku z tym, że znam Siostrę o wiele lepiej, niż własną kieszeń i w związku z tym, że szanuję wolę Siostry, nie napiszę w szczegółach o burzliwej rozmowie, jaką odbyłyśmy. Grunt, że chodziło sprawy damsko męskie, a zasadniczo jednego konkretnego osobnika płci przeciwnej, który, nie wiedzieć czemu, bardzo starał się, by utracić status jej chłopaka. Poszło o jedną rozmowę, w zasadzie kilka smsów…  Zachował się karygodnie. W jej oczach. Z mojego punktu widzenia nie zrobił nic, za co mogłaby go skreślić z historii jej życia. Mimo to udzieliłam jej potężnego wsparcia, „wysłuchując” wszystkie epitety, jakie zdołała wymyślić pod jego adresem. Nie ograniczona jest wyobraźnia kobiety zranionej przez faceta w wymyślaniu kary, jaką dobry Bóg winien zesłać na owego gagatka.
Wysłuchawszy, stwierdziłam, że ma rację.
Oczywiście, że przesadzała. Ale nie mogłam zaprzeczyć, że w tamtym momencie taka ponura wizja świata, przyszłości i jej związku była dla niej prawdą. Tak jej dyktował PMS i buzujące hormony. Prawdę powiedziawszy byłam nieco przerażona, że osoba, która jeszcze przedwczoraj nie mogła bez swej połówki wytrzymać nawet tygodnia, teraz odgrażała się, że nie chce "jego paskudnej twarzy widzieć nigdy więcej"... Na szczęście od tego właśnie są Starsze Siostry, by przypomnieć, że nie warto kończyć pewnych relacji na tydzień przed rozpoczęciem okresu. Fatalne błędy można popełnić...
Ciekawe co na to wszystko On, jej chłopak. Moja niezawodna intuicja podpowiada mi, że pewnie po tamtej wymianie smsów absolutnie nic w nim nie zachwiało pewności, że ma najcudowniejszą dziewczynę na świecie. I on dla niej też jest całkiem „wporzo” chłopakiem. Faceci… 
Najważniejsze: Nie warto decydować o losach swoich i świata, gdy wielkimi krokami nadchodzą "te dni". Najlepszym lekiem na PMS nie są herbatki ziołowe, ale Starsza Siostra i Facebook ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Smakowało?