wtorek, 20 stycznia 2015

Co za słodko, to niezdrowo

12 stopni i bzycząca nad moją głową mucha to dość srogie ewenementy jak na tę porę roku. Nie mniej,  wobec tego , co ujrzały ostatnio moje oczy, nic już mi się nie wydaje wystarczająco dziwne. Oto dd kilku dni, co jakiś czas dochodziło do niespodziewanych zaćmień słońca. Gdy pewnego dnia trwało to dłużej, niż zwykle, czyli dłużej, niż zajmuje zjedzenie budyniu waniliowego z sokiem malinowym, postanowiłam wytężyć wzrok wpatrując się w nieboskłon. Oto po owym nieboskłonie jak gdyby nigdy nic, sunął wielki jak Titanic żółw. Tak wielki, że kończynami zasłaniał  słońce do tego wesoło merdając ogonem. I wszystko jasne. To tylko żółw… Żółw?!

Jak ja to wszystko pogodzę z tym, czego uczył mnie pan na geografii?!

Nim zdążyłam odpowiedzieć sobie na pytanie o sens istnienia świata lub – opcjonalnie – zapisać się do dobrego drogiego specjalisty, obudziłam się. Nim napisałam o tym na Twitterze, od razu podbiegłam do okna. Żadnego żółwia. To był tylko sen… Zamiast zastanawiać się jak pogodzić jego obecność w przestworzach z tym, co nam wpajano w szkole, zadałam sobie pytanie dalece istotniejsze:

Co takiego zjadłam poprzedniego dnia?

Paluszki w czekoladzie. Orzeszki. Też w czekoladzie. Pączek. O, dziwo, z marmoladą!
 
Cóż…

Od Świąt Bożego Narodzenia moja prawa ręka posiadła dziwny nawyk mimowolnego sięgania po galaretki w czekoladzie. A żołądek rozciągnął się jak wizyta księdza na kolędzie, któremu jeszcze nie wręczono koperty. Nadto, odkąd pracuję w redakcji nad materiałem do Kalendarium Lodowego, zmuszona jestem odwiedzać przeróżne lodziarnie. I degustować w nich to, co podają.



GLORIOZA



Słodycze otaczają mnie w domu, w pracy, o poranku i wieczorem. O słodyczach mówię, piszę i je zjadam... Wiedziałam, że to się musi skończyć... Nocnymi koszmarami. Cukrzycą. Ewentualnie, zamianą w ptysia przełożonego obrzydliwie słodkim kremem.

Nic dziwnego, że roztropny Pan B. tamtego wieczoru przygotował na kolację pikantne spaghetti. Potem zagraliśmy w Monopoly. Ta gra mogła zamienić się w coś naprawdę pikantnego. Zamiast tego, przerodziła się w ostrą kłótnię. Wymiana zdań odbyła się w samochodzie, potem przez telefon, a następnie na portalu społecznościowym.  I wzbudziła we mnie ten sam popłoch, co widok żółwia między chmurami. Podobnie bowiem jak w jego przypadku, nie potrafiłam zrozumieć skąd się w ogóle wzięła. W grę nie wchodziła zazdrość o wygraną w byle planszówce, ani też o większe umiejętności kulinarne. PMS to też nie był... Zasadniczo nic nie było - żadnego konkretnego, namacalnego, logicznego powodu do sprzeczki. A może...

Skoro kłótnia z Panem B. wywołała we mnie podobne odczucia jak widok żółwia we śnie, to i podobne, by nie powiedzieć identyczne, musiało być jej źródło. Innymi słowy - za dużo słodyczy! Jeśli zbyt wielka ilość cukru psuje zęby i skórę, to czemu nie i związek? 

To ryzykowna teza. Równie wywrotowe idee głosił niegdyś Kopernik i okazały się prawdziwe. Cóż... o ewolucji naszej planety oraz gatunku ludzkiego uczą nas na geografii i biologii. O ewolucji związku nikt nic nie piśnie, zupełnie jakby ten miał trwać w niezmienionej postaci niczym rosół mojej mamy albo garderoba mojej babci. Prawda jest zaś taka, iż w przyrodzie - prócz postaci rosołu mojej mamy i garderoby mojej babci - wszystko się zmienia. 

Motylki są tylko przez chwilę. Potem przychodzi zima. Kryzys, znaczy się. Zima jednak też nie trwa wiecznie. I jest tylko po to by uświadomić nam jakim cudem jest wiosna. Byśmy się przekonali, czy razem jesteśmy w stanie zimę przetrwać. Wiele kolejnych zim. Taka wiedza to coś więcej, niż teoria wyuczona na potrzeby kartkówki. To powód do tego, by myśleć naprawdę poważnie i naprawdę przyszłościowo o tym z kim przyszło nam się kłócić. Bo właśnie w czasie kryzysu, nie na udanej randce w kawiarni, można poznać czy facet to coś więcej, niż apetyczne ciacho. Co mi po tym jeśli potrafię z kimś zdobywać szczyty w łóżku i w górach, walcząc z zamieciami i natrętnymi turystami, jeśli nie potrafilibyśmy walczyć z własnym ego, po to by wspólnie zejść z wysokiego poziomu emocji. I to niekoniecznie tych z gatunku sympatycznych. 


Kłótnie, podobnie jak seks lub wymiana opony w samochodzie, powodują wzmożony apetyt. Na słodkie, ma się rozumieć! Po chwilowej abstynencji od cukru, postanowiłam dać sobie upust... Przecież ciasto można przełamać gorzką kawą, dla równowagi. A lody? Cóż, można je jeść do woli. Pod jednym warunkiem - muszą mieć smak gorgonzoli, parmezanu, papryki lub innych warzyw...


Warzywno - serowe lody GLORIOZA

Poza tym, lodzik to temat sam w sobie raczej pikantny, niż słodki, więc czuję się rozgrzeszona, jeśli chodzi o jego konsumpcję w każdej ilości... 

wtorek, 13 stycznia 2015

Kinder Czekolada

Choć trudno w to uwierzyć i mnie kiedyś przyszło być małą, niewinną, słodką czekoladką.  Że niby nadal jestem mała, (prawie) niewinna i słodka? Być może. W każdym bądź razie nie zawsze wydawałam swoje kieszonkowe na szpilki, umawiałam się na całonocne randki i płaciłam horrendalne rachunki za rozmowy telefoniczne z przyajciółkami. Byłam zwyczajnym dzieckiem i miałam zwyczajne dziecięce problemy... 

Prawie...

Podczas, gdy inni jęczeli, że nie potrafią zawiązać sznurówek  albo równo rozsmarować masła na chlebie, ja borykałam się z problemem dalece dramatyczniejszym. 
Jak rozpoznać siebie ?!?!

Zgarnij uścisk dłoni i zgadnij, która to Aurora! 

środa, 7 stycznia 2015

Nowy numerek

Wstrętny, wredny, paskudny Czas co roku wywija mi ten sam - mało zabawny! - numer. Nagle, bez listownego powiadomienia czy choćby słowa uprzedzenia, zaczyna biec oszalały niby ciżba na promocji w Lidlu. W tym roku chyba trenował więcej ode mnie, bo przeszedł  ( by nie powiedzieć "przebiegł") sam siebie... Nim zdążyłam zrzucić po-świąteczne kilogramy, ten już zdołał przerzucić się na 6. bieg i tak oto nastał ostatni dzień roku, dalej zwany Sylwestrem

wtorek, 30 grudnia 2014

Suma wszystkich cudów

Koniec grudnia to zdecydowanie kiepski czas na robienie czegokolwiek, a tym bardziej całorocznych podsumowań... 

Mogłabym, na przykład, pochwalić się ilością zrzuconych kilogramów, gdyby nie fakt, że wszystkie nadrobiłam z nawiązką przez kilka ostatnich dni za sprawą karpia w galarecie. A byłabym zapomniała, towarzyszył mu makowiec, keks, sernik... I pierniki! Tłuszczu przybyło po Świętach, a jeszcze przed nimi ubyło zer na koncie... Stanem konta też się zatem nie pochwalę. Drogie prezenty? Żeby tylko... Trzeba było w końcu się jakoś prezentować przy wigilijnym stole! 

sobota, 27 grudnia 2014

Wielkość ma znaczenie

A niech to szlag!

Jedni w Mikołaja dostąją prezent, inni rózgę, a ja... okres. Dobre dziecko wszystkim się zabawi, a pokorna kobieta wszystkim zadowoli. Cóż... Z wiekiem taki rodzaj pokory zaczęłam postrzegać raczej jako jedną z składowych życiowego marazmu. Dlatego, zamiast robć dobrą minę do złej gry i wmawiać sobie, że - pomimo mego 1,50 wzrostu - jestem już zbyt dużą dziewczynką, jak na to by oczekiwać prezentu, postanowiłam raz jeszcze przeszukać wszystkie domowe zakamarki w poszukiwaniu śladu św. Mikołaja.

Nie tam żadnego przebierańca w tanim kostiumie z Tesco i brodzie, która jest popłuczynami po zjedzonej w międzyczasie wacie cukrowej... Mnie interesował tylko ten prawdziwy. Jedyny.